Subscribe to my full feed.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedagogika emancypacyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedagogika emancypacyjna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, styczeń 14, 2008

trzeba nam... inżynierów

Testowo wersja dźwiękowa (hiperblog podcast 1(1)/2008):



Obejrzałem poranny wywiad w "jedynce" z panią minister edukacji. Wartościowej treści w dyskusji niewiele, ale do tego już przywykłem i bełkot nadają nieustannie wszystkie gadające stacje telewizyjne. Ale bełkotliwy wywiad z minister edukacji dziwi. I wśród masy nieistotnych pytań i nieistotnych odpowiedzi, bo ile można słuchać, czy będą podwyżki i ileż można słuchać wykrętów, jakby minister nie mogła powiedzieć wprost. Ale taki już widać los polityków, grać, mówić półprawdy, nie mówić niczego a potem i tak się wypierać...

Nie miałem jednak pisać o politykach w ogóle, ale w szczególności. Pani minister powiedziała właściwie tylko o jednej istotnej sprawie- o maturze. Ucieszyło mnie, że nareszcie zaczniemy podchodzić do licealistów i innych uczniów szkół maturalnych jak do ludzi, a nie podludzi ubranych w mundurki (tu już się rozpędziłem, bo licealiści mundurowani nie są, choć w pewnym technikum kiedyś co ranek musiałem zakładać piękny zielony mundur...). Otóż zasada będzie taka- do jakiej szkoły wejdziesz, taką skończysz. Co oznacza, że uczniowie będą mieli taką maturę, jaka obowiązywała w momencie rozpoczęcia przez nich średniej edukacji i nie można tych warunków zmieniać. A przypominam sobie, kiedy w drugiej klasie liceum straszono mnie, że będę pisał obowiązkową maturę z matematyki. Mnie się udało, ale dwa lata młodsi koledzy, zdziwili się w drugiej klasie, dowiadując o obowiązkowej matematyce, którą i tak w kolejnych latach (do "nowej matury") wycofano, bo byli eksperymentalnym rocznikiem nowej matury. Teraz na ten eksperyment, przynajmniej w uczelnianych komisjach rekrutacyjnych, a zdarzyło mi się raz być sekretarzem jednej z nich, mówi się "nowa matura 2002".

Nie wszystkie jednak niebełkotliwe wypowiedzi pani minister cieszą. Co prawda nie będzie zmian zaskakujących uczniów, ale modyfikacje będą. Na razie są plany reformy matury w taki sposób, by była zunifikowana, bez wersji podstawowych i rozszerzonych, bez wielu przedmiotów do wyboru, żeby poziom był rzeczywiście porównywalny i żeby uczelnie mogły spokojnie zestawić kandydatów. Matematyka będzie obowiązkowa, ponieważ pani minister uważa, że największym problemem polskiej edukacji jest niechęć do studiów inżynierskich. Trzeba nam zatem... inżynierów, a powszechnie wiadomo, że tylko obowiązkowa matura z matematyki zachęci do inżynierskich studiów. Pani minister wie, bo z wykształcenia jest nauczycielem matematyki. Komentarze wykładowców politechnik, jakoby to poziom nauczania matematyki na długo przed szkołą średnią i przez cały okres jej trwania, powodował ogromny odsiew na studiach inżynierskich, nie robią na pani minister żadnego wrażenia.

Trzeba nam inżynierów, jednolitej matury. Niech przyszli poloniści poczują chęć zostania budowniczymi mostów, bo może rzeczywiście stracą nieco czasu na lekturę i studiowanie gramatyki oraz uczenie się języków obcych, a kto wie, czy niektórzy nie zasilą liczby studentów politechniki pierwszego roku, którzy odpadają po pierwszym semestrze, ale może z niektórych inżynierów zrobić da się.

I chociaż uważam, że szanse rozwojowe polskich nauk ścisłych są dość marne, ze względu na poziom kształcenia w szkołach i finansowanie nauki, a nie ze względu na nieubieganie się o politechniczne studia, to obawiam się, że przymusowa technicyzacja nie ma najmniejszego sensu. Mówię to jako były uczeń, który przez pierwsze dwa lata licealnej matematyki był uczniem dobrym i pojętnym, wolałem jednak zgłębianie losów Józefa K. niż kreślenie sinusoidy na maturalnym egzaminie. Wszechstronna edukacja byłaby wspaniała i wzorem renesansowego mózgu jest dla mnie Stanisław Lem, ale w postrenesansie mamy już za dużo informacji i zbyt kiepskich twórców systemu oświaty (o dużej liczbie kiepskich belfrów, błędnie nazywanych pedagogami, nie wspomnę), żeby nam się udało taśmowo Lemów produkować.

I raczej widzę przymusową matematykę na maturze, jak przymusowe szkolne wykopki, o których opowiadała mi mama, które wcale nie spowodowały, że została studentką Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, niż jako receptę na odbudowę inteligentnej, mądrej Polski...

zrzut ekranu z gry "Team Fortress 2" skopiowany z: http://www.linuxcrypt.net/?p=53

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, grudzień 03, 2007

szkoła...

Ostatnio mam okazję co jakiś czas prowadzić zajęcia ze studentami w budynkach szkół średnich. Nie są to uniwersyteckie zajęcia wyjściowe, prowadzone są poza moją macierzystą uczelnią w klasach wynajmowanych na sale wykładowe. Jakiś czas temu, po kilku zajęciach przeprowadzonych w pracowni języka polskiego, przyszło mi do głowy, żeby zbadać, jak wyglądają, np. w Gdańsku, a może w całym Województwie Pomorskim pracownie konkretnych przedmiotów. Pewnie nie wezmę byka za rogi, bo ilość materiału byłaby ogromna, ale kto wie, czy nie zajmę się mniejszą miejscowością lub nie zdecyduję na przyjrzenie klasom polskiego lub historii w części gdańskich szkół (pomijam na razie dostępność do materii badawczej). Nie marzy mi się uczestniczenie w lekcjach, chciałbym jedynie przyjrzeć się układowi sprzętów, wystrojowi klasy, krótko mówiąc, architekturze wnętrza i zastanowić, jakie jawne bądź ukryte komunikaty można odczytać z wizualnej powierzchowności sal szkolnych (temat wielokrotnie poruszany przez analityków hidden curriculum, ale wart rozważania nieustannie). Myślałem o przygotowaniu dokumentacji zdjęciowej i następnie zanalizowaniu materiału, którego częścią być może byłyby wywiady z nauczycielami- opiekunami klas, uczącymi w swoich salach. A może nawet przeprowadzenie wywiadów z dyrektorami placówek i zebranie danych dotyczących ich światopoglądu, sytuacji finansowej szkoły itp. itd. Oczywiście, nie traktujcie powyższych wynurzeń jako planu badań, bo metodologia powyższego leży, a jedynie rzucam hasła. Pomysły nieco kierują w stronę badań ilościowych więc może poprzestanę na jednej szkole i dogłębnym przyjrzeniu się rzeczywistości szkolnej architektury wystroju, sprzętów, ścieżek uczniowskich i szkolnego czasu. Zainspirowały mnie zdjęcia z badań TGI portrait, które widziałem w jednym z numerów “Kultury Popularnej”, gdzie można było zobaczyć jak wyglądają w różnych mieszkaniach stanowiska z komputerem i monitorem.

Zupełnie niedawno zrobiłem nawet kilka zdjęć jednej z klas. Ale wymagają bliższego przyjrzenia się więc o tym napiszę może jutro.


W tej chwili siedzę w klasie na ostatnim piętrze starego budynku jednego z gdańskich liceów i czekam na pojawienie się studentów. Za oknem ciemno, pora wieczorna i zaczynam przypominać sobie własną szkołę, którą kiedyś spróbowałem nawet opisać pobieżnie w opowiadaniu, przychodzą mi również do głowy opowiadania Schulza i obrazy chwil przeżytych w lekcyjnych salach. A niemało, bo kilkanaście lat spędziłem w klasach o identycznym układzie ławek i tak samo zorganizowanej hierarchii, gdzie nawet sprzęty milcząco porządkowały szkolną rzeczywistość. Pamiętam, że zawsze marzyłem, żeby zasiąść przy biurku na podwyższeniu katedry i zarządzać klasą, ale robić to tak, żeby jednocześnie zmieniać parszywą rzeczywistość. Chciałem przewrócić do góry nogami otaczający szkolny świat.

I siedzę teraz na podwyższeniu, za dużym odrapanym biurkiem, w pracowni języka rosyjskiego, wśród map Rosji, plansz z alfabetem i zdjęć Federacji. Spogląda na mnie Puszkin wraz z Tołstojem i innymi literatami Rosyjskimi, wiszą dziwnie nad samowarem, który pamięta jeszcze lata "wielkiej przyjaźni". Wszystko przybrane marnym kwieciem i pożółkłymi księgami zapisanymi grażdanką, które kruszą się na półkach starych regałów.


I jednocześnie nienawidzę szkolnych sal, gdzie spędziłem dzieciństwo i kawał młodości, a zarazem uwielbiam je. Bo pomimo wielu przykrości, jakich w szkole doznałem, pomimo prób dopasowania mnie do określonego pedagogicznego wzorca (chociaż teraz mam wątpliwości, czy nauczyciele rozumieli, skąd ów wzorzec się wywodzi), traktuję szkołę jako miejsce bezpieczne. Może wynika to z mojego kontaktu ze szkołą na stopie typowej dla ucznia, ale jednocześnie ucznia uczestniczącego w wielu pozalekcyjnych zajęciach, kołach zainteresowań. A podczas takich spotkań szkoła gubiła swoją gębę pruskiego kaprala i nabierała cech miejsca, gdzie rozwija się zainteresowania, spotyka ze znajomymi o wspólnym hobby, a od czasu do czasu uczestniczy np. w pozaszkolnych imprezach i dyskotekach. Jest zatem szkoła, jako budynek, ale jako instytucja, czymś co można odbierać skrajnie różnorodnie. Dlatego często, gdy zastanawiam się nad społeczną funkcją szkoły, pomimo moich idealistycznych antypedagogicznych poglądów, chcę by istniała. Wolę ją reformować niż samemu dać się zreformować ludziom pozbawionym dostępu do minimalnego chociaż oświecenia i poznania świata. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że gdyby szkoły nie było, wszyscy chętnie uczyliby się np. w sieci i poziom intelektualny Rodaków na tym by nie stracił. Wizja odszkolnionego społeczeństwa Illicha jest tak samo niemożliwa do spełnienia, jak wizja antypedagogicznej szczęśliwości i samodzielnego decydowania o przerabianym materiale, chodzeniu do szkoły i w ogóle o wszystkim z zachowaniem odpowiedzialności za siebie, co kreśli w swoich pracach np. Schoenebeck. Trudno mi jednak również uwierzyć, jak pisze m.in. Szkudlarek powołując się też na Giroux, że szkoła jest jeszcze miejscem spotkania ludzi z różnych grup społecznych, czymś w rodzaju miniatury społeczeństwa, gdzie negocjuje się sensy. Negocjacji nie ma. Jest zamordyzm pruskiego kaprala, który może i przebrał się we współczesne ciuszki i zamiast dyscypliny i linijki zostawiających czerwone ślady na pośladkach lub dłoniach, używa bardziej wysublimowanych metod psychologicznych, ale wciąż jest to pruski dryl. Jest też coraz wyraźniejszy podział na szkoły lepsze i gorsze, społeczne, prywatne i publiczne i na dobrą sprawę publiczna edukacja, jeśli świetna, to i tak ograniczona do grona spadkobierów dużego kapitału kulturowego (przy okazji Damian- dzięki za informacje o przedszkolu i nieformalnym doborze dzieci na podstawie "pochodzenia"- wykonywanej pracy i statusu rodziców, to porażające).


Kończę ten wpis, bo ani nie mam pomysłu na szkołę, ani tym bardziej na świat bez niej. Może ze szkołą jest jak z demokracją. A słynny cytat Churchilla mógłby brzmieć tak: "Stwierdzono, że szkoła jest najgorszą formą edukacji, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu". Ale może jesienna pogoda tej zimy sprawia, że niebezpiecznie uciekam w konserwatywne meandry rozważań. Chociaż, kto wie, czy nie udałoby się połączyć klasycznych "pedagogicznych ogórków konserwowych" z wyszukanymi potrawami edukacyjnych eksperymentów. Ciekaw jestem, czy Piotr skonstruował już swoją pedagogiczną wizję niewielkiej szkoły. Jeśli to czytasz Piotrze, daj sygnał. Pedagodzy, zwłaszcza ci zbuntowani i poszukujący powinni się od czasu do czasu wzajemnie upewniać, że nie oszaleli...


Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, wrzesień 03, 2007

Skazuję was na... sześć lat szkoły

Dzisiaj uroczysta inauguracja roku szkolnego. Czterysta tysięcy uczniów rozpocznie naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Minister Edukacji, prof. Legutko uroczyście rozpoczął rok szkolny w liceum w Radomiu. Skupiony siedziałem przed telewizorem, oczekując przemówienia pana ministra. To takie pedagogiczne zboczenie, które nabyłem podczas studiów, wyczulony przez moją Panią Profesor. Zboczenie pozostało, bo stałem się adeptem nauki pedagogicznej.

I nagle spikerka przerywa program, informując, że to już. Drogi pan minister jąkając się, czytając z kartki, monotonnym i nudnym głosem wyraził swoje oczekiwania (Roman miał przynajmniej dar ekspresji). Prof. Legutko zachęcił nauczycieli do profesjonalnej pracy, a uczniów do uczenia się. Ponadto nauczyciele mają inspirować uczniów. I to cała esencja ministerialnego przemówienia.

Jako pedagog z wykształcenia i praktykujący nauczyciel akademicki, zainteresowany sytuacją w polskim szkolnictwie, mocno się zawiodłem. Oczekiwałem naszkicowania zmian, może pomysłu na, choćby odległą, reformę. Zwłaszcza, że prof. Legutko o mały włos nie doprowadził do wojny z Kościołem o ocenę z religii. A tu klops- standard, PRL pełną gębą. Nauczyciele mają uczyć, a uczniowie mają uczyć się. Plus wzmianka o szkole jako miejscu nie tylko przekazywania wiedzy, ale i wychowywania.

Na niekorzyść ministra przemawia nie tylko moje akademickie wykształcenie i zainteresowanie sprawami edukacji. Aktualnie przypominam sobie różnorodne koncepcje konstruowania szkoły i jestem w trakcie lektury książki Czesława Kupisiewicza "Szkoła w XX wieku. Kierunki i próby przebudowy" i ze smutkiem stwierdzam, że polskie szkolnictwo, w marzeniach snutych przez PiS (po ostatnich wydarzeniach rozszyfrowanie skrótu mogłoby mi nie przejść przez gardło) stoi na początku drogi naukowego myślenia o pedagogice (choć niektórzy tej pierwszej koncepcji odmawiają naukowości, ale mniejsza o szczegóły), a dokładniej- tkwi w oparach herbartowskiej trucizny. A według Herbarta, w dużym skrócie, uczeń ma być zdyscyplinowany i posłuszny, a myśleniem zajmować się wtedy, kiedy wydaje lekcję, czyli w momencie odtwarzania wiadomości, jakie bezmyślnie przyswoił z fetyszyzowanego podręcznika lub nauczycielskiego wykładu.

Smutno mi tym bardziej, że przygotowuję właśnie tekst o możliwościach edukacyjnych w dobie kultury 2.0. Świat się zmienia, ale polska szkoła utknęła gdzieś w głębokiej ludowej ojczyźnie, z nauczycielem, który dowodzi klasową drużyną, wyznacza cele, decyduje o czym i z jakich źródeł uczniowie będą się uczyć. A szkolna młodzież ma jak pokorne cielęta chcieć się uczyć i spijać wiedzę ze szkolnego źródełka.

Niepokoi mnie także postawa nauczycieli, którzy, jak podaje TVN24 (oczywiście mocno generalizując, ale mój tekst też nie mówi o szczegółach), są oburzeni faktem, że zmieniono podstawy programowe niektórych przedmiotów i w efekcie tego także podręczniki i nauczyciele zostali zmuszeni do zmiany programów nauczania. To się nazywa nauczycielska elastyczność...

Tkwimy zatem w starym układzie- to dzisiaj słowo klucz- w którym uczniowie orbitują wokół szkoły. I niespecjalnie nawet czekamy na edukacyjnego Kopernika, który mógłby nam pokazać, że edukacja to nie tylko grube mury, uroczyste akademie, sztandary, przemówienia bonzów i kwiatki dla "naszej pani". A szkoła stała się rodzajem taśmy produkcyjnej, która działa pełną parą i dopasowuje uczniów do kolejnych etapów edukacji- testów po podstawówce, testów po gimnazjum i testów maturalnych, których wyniki decydują o przyjęciu na studia. Masowo wytwarzamy produkt w oparciu o stare materiały, nie zważając specjalnie na postęp, od czasu do czasu wrzucając nową technologię, zupełnie nie dopasowaną do reszty trybików, w efekcie wypaczając jeszcze bardziej produkty końcowe lub wprowadzamy kosmetyczne zmiany, mające pokazywać nasze modernistyczne plany. I tak zamiast myślenia i konstruowania wypowiedzi, uczymy rozwiązywania testów, a zamiast wspólnego uczenia się, aktywności edukacyjnej w oparciu o np. (nowe)media, wstawiamy komputery do zamkniętych na klucz pracowni komputerowych. Jak pisałem już kiedyś, czekam na raport z zastosowania tanich laptopów OLPC w krajach rozwijających się. Bo mam pewne obawy, że dzieci z wiosek w dżungli będą lepiej potrafiły wspólnie wytwarzać wiedzę. Ale być może nasze konserwowe (konserwatywnym wolałbym nie nazywać, bo byłaby to obraza dla konserwatystów) podejście ma lepiej przygotować do bezkrytycznej akceptacji neoliberalnych zasad.

Więcej o przemówieniu ministra m.in. w TVN24.pl

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

wtorek, sierpień 14, 2007

Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru

Poniżej publikuję tekst, napisany na bazie referatu wygłoszonego podczas konferencji "Społeczne konteksty rozwoju internetu. Implikacje dla edukacji", która odbyła się drugiego czerwca 2006 w Gdańsku. Pojawi się w książce pokonferencyjnej pod redakcją Damiana Muszyńskiego i moją, ale czekamy na książkę tak długo, że w obawie przed zupełną dezakualizacją treści zdecydowałem się na publikację na blogu. Być może wersja ostateczna będzie nieco inna, zatem proszę potraktować poniższą wersję jako szkic. Obecnie mam sporo uwag i napisałbym tekst inaczej, ale...


Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru.

słowa kluczowe: wolne oprogramowanie, otwarte źródła, wolna kultura, wolna edukacja, kultura hakerska, internetowe narzędzia wymiany i współpracy, kultura edukacyjnego daru, wolny dostęp do wiedzy.

1. Balansowanie między otwartym/wolnym a zamkniętym

“Zamknięte systemy są martwe. Od oprogramowania do łańcuchów zaopatrzenia otwartość jest nowym standardem”1- tak brzmi nagłówek jednego z tekstów w magazynie “Wired”, poświęconego “ekonomii pełnego dostępu”. Czy naprawdę zamknięte do tej pory struktury są już martwe? Rzeczywiście, w ostatnich kilku latach zauważamy ogromny wzrost dostępności treści w globalnej sieci informacyjnej. Mamy możliwość korzystania z wielu zasobów zgromadzonych w internetowej sieci, ale także budowania nowych treści na podstawie starych, współpracę dzięki różnorodnym nowym technologiom. Wzrasta aktywność obywatelska, powstaje coraz więcej treści publikowanych przez zwykłych użytkowników, wykorzystuje się energię amatorów, którzy w przeciwieństwie do specjalistów, chętnie dzielą się wiedzą. I to za darmo. Podejmuję powyższy temat, ponieważ otwartość, która podobno ma się świetnie, jest nieustannie atakowana i zagrożona, a jednocześnie przez wielu traktowana jest jako jedyna możliwa alternatywa, choć jednostronnie zrozumiana sama może być zagrożeniem. Podejmuję go wreszcie, ponieważ uważam, że pedagodzy, a przynajmniej polscy pedagodzy są bardzo słabo zorientowani w obecnej sytuacji i wciąż traktują wiedzę oraz autorstwo, nawiązując do romantycznej wizji samotnego autora, która jest doskonałym odbiciem współczesnego pędu do zawłaszczania i posiadania. Nie próbują jednak wykorzystać nowych technologii, które prawie na siłę, bez głębszej refleksji, niemal mechanicznie wprowadza się do szkoły, wyposażając komputerowe pracownie w sprzęt i podłączając do internetu. Czy warto dzielić się wiedzą i w jaki sposób nowe narzędzia pozwalają nam na to, a także czy zadowala nas otwartość, a może lepiej walczyć także o wolność, na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.


1.1 “Otwartość” vs. “wolność”. Open Source i Free Software jako impulsy napędzające wymianę i współpracę w internecie

Według Manuela Castelsa do rozwoju internetu przyczyniły się kultury techno-merytokratyczna, hakerska i komunitariańska, a także kultura biznesu2. Trzy pierwsze reprezentowały realizowane na różnych polach ideały wolności i dostępności: swobody dostępu do wiedzy, dzielenia się wiedzą i współpracy, działania na rzecz ulepszania technologii wspólną pracą, przywiązanie do wolności słowa, swobody ekspresji, działania w grupie i obywatelskiej aktywności. Czwarta kultura, również nastawiona na wolność, tym razem wolność robienia interesów, niestety, pomimo częstych obecnie aliansów ze środowiskiem Open Source, w dużej mierze wciąż przyczynia się dzisiaj do zamykania dostępu do wiedzy i innych dóbr kultury. A to dlatego, że w przeciwieństwie do trzech wcześniej wymienionych kultur, priorytetem jest dla niej nie człowiek, ale zysk. Oczywiście, jest to duże uogólnienie i uproszczenie. Niemniej to właśnie biznes, a raczej wielki biznes jest obecnie jednym z największych orędowników wydłużania restrykcyjnego prawa autorskiego, ochrony patentowej itp. i to właśnie chęć robienia interesów, a nie ideały wolności spowodowały powstanie Open Source, alternatywy dla Wolnego Oprogramowania, a właściwie wolnego oprogramowania w innym opakowaniu, które miało przekonać do siebie biznes. Bo, jak mówi haker Eric Raymond, Otwarte Źródła powstały, ponieważ “free” z terminu “free software” kojarzyło się jednoznacznie z darmowością, co skutecznie odstraszało firmy od zainwestowania pieniędzy w tego typu projekty3.

Zatem Open Source, inicjatywa, w której nazwę wpisana jest otwartość, paradoskalnie może być płaszczykiem, maską, która pozór wolności wykorzystuje do wspierania biznesu. Wolne licencje są uważane przez Open Source za lepsze od zamkniętych, głównie ze względów praktycznych. Znane w tym środowisku hasła to “im więcej oczu śledzi kod, tym mniej groźne są błędy” oraz “niech zadecyduje kod”. Z drugiej strony ów “płaszczyk”, choć niesie zagrożenie podporządkowania wielu projektów biznesowi, to jednak przyczynia się do dostępności nowych technologii dla zwykłych użytkowników, na zasadzie wymiany: firmy wspierające Open Source dają wsparcie finansowe i technologiczne, w zamian oczekując wsparcia społeczności przy realizacji projektów. Właściwie współpraca z biznesem nie jest złamaniem reguł stworzonych przez Richarda Stallmana- twórcy Fundacji Wolnego Oprogramowania i jej prawnego manifestu, czyli licencji GNU GPL, która daje swobodę również komercyjnego zastosowania, a sam Stallman tłumaczy termin “free” jako “free as in freedom not as in free beer”4. Dopóki oprogramowanie Open Source publikowane jest na licencjach uznawanych przez Fundację Wolnego Oprogramowania za wolne, nie ma technicznej i prawnej różnicy pomiędzy oprogramowaniem wolnym i otwartym. Rzecz rozchodzi się o nazwy i, jak to określa Stallman, aspekty moralne- Open Source skupiając się na praktycznym zastosowaniu gubi po drodze wolność, a nawet może próbować działać przeciwko niej, zgadzając się na wykorzystywanie w szerokim zakresie zastosowań zamkniętych w otwartych projektach.

Dzięki działalności Open Source rozpowszechniane są co prawda ideały otwartości5, a pośrednio także wolności, z racji samego pochodzenia Otwartych Źródeł i jednoczesnej silnej aktywności Fundacji Wolnego Oprogramowania6 i jej zwolenników, przypominających, że istotna jest wolność, a nie tylko praktyczność kodu. Istotna jest również działalność Ruchu Wolnej Kultury, który w nazwie ma “wolność” a nie “otwartość”, chociaż działalnością głównych propagatorów ruchu, m.in. Creative Commons przypomina coraz częściej działania Open Source, skłaniając się ku praktycznemu zastosowaniu licencji CC, nawiązując współpracę nawet z takimi tępicielami wolnego przepływu wiedzy jak np. Microsoft. Jak wspomniałem, chodzi głównie o nazwy, ale nazwy są bardzo istotne, ponieważ ideologie, jakie się za nimi kryją, pozwalają lub nie na zdominowanie aktywności przez pragmatyczny, biznesowy i rzekłbym mechaniczny dyskurs (a takim posługuje się środowisko Open Source). Temat ten jest jednak zbyt szeroki, by rozwijać go w niniejszym tekście. Pobieżne wyjaśnienie go uważam jednak za sprawę kluczową, ze względu na częste stosowanie błędnych podziałów na linii- płatne- darmowe lub zamknięte-otwarte, z pominięciem aspektów wolnościowych. Sięgnięcie do programistycznych niuansów jest ważne, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć, co dzieje się w dzisiejszej (medialnej) edukacji- dlaczego nie wystarczy praktyczne działanie, czyli kształcenie technicznych umiejętności, ale niezbędna jest ideologiczna7 i moralna podbudowa działań. Jeśli jej nie będzie, wychowanie ograniczy się do kształcenia umiejętności i na dobrą sprawę, rezygnując z przekazywania określonych wartości, przestanie być wychowaniem. Co oczywiście może oznaczać zastąpienie edukacyjnego, moralnego dyskursu, ukrytym dyskursem wychowawczym automatów, algorytmów i pochwałę praktycznego działania celem uzyskania doraźnego zysku.


2. Koniec statycznej sieci (?)

Współczesny internet jest płynny, nieustannie zmienny, nie tylko dzięki sieciowej architekturze, ale również dzięki płynności kodu, możliwości modyfikacji treści i nieustannie zmieniającym się sieciom społecznym. Ruch Wolnego Oprogramowania, Otwarte Źródła i Ruch Wolnej Kultury w dużej mierze przyczyniły się do dostępności technologii i wiedzy dla użytkowników internetu i do nowego, bardziej swobodnego i płynnego podejścia do treści, modyfikacji ich i ponownego wykorzystania. Niestety, płynność ta jest zagrożona mroźnym oddechem korporacyjnej żądzy zysków.

Dzisiejsza sieć, dzięki powstaniu nowych narzędzi, staje się coraz bardziej dynamiczna. Coraz więcej osób ma dostęp do internetu i nie wykorzystuje go jedynie w bierny sposób, ale zaczyna transmitować, produkować nowe idee i informacyjne produkty. Pojawia się coraz więcej platform, które umożliwiają swobodną wymianę w zakresie wytwarzanych dóbr- tekstów, filmów, zdjęć, dźwięków, a także oprogramowania. Sieć staje się miejscem nieustannej dyskusji, ścierania poglądów i wytwarzania nowych wartości. Nowe możliwości, nowa sieć oparta na nowych narzędziach jest często określana jako Web 2.0. Użytkownicy są traktowani jako współtwórcy różnego rodzaju serwisów, tworzonych z myślą o nich w myśl zasady przyświecającej Open Source “publikuj wcześnie i publikuj często”. Serwisy te funkcjonują niejednokrotnie w tzw. wersji Beta, czyli są ciągle nieukończone, nieustannie kształtowane i ulepszane właśnie dzięki pracy, a właściwie wykorzystywaniu ich przez zwykłych internautów.

Koniec statycznej sieci zaowocował również końcem zupełnie darmowej sieci. Komercjalizacja idei związanych z komputerami i siecią komputerową zaczęła się o wiele wcześniej, już od zamykania kodu oprogramowania i zaczęła opanowywać internet- płatne i własnościowe treści pojawiały się na ogromną skalę. Tak jak niegdyś blokowanie dostępu do kodu, tak dzisiaj komercjalizacja treści oraz coraz bardziej restrykcyjne i skuteczne egzekwowanie prawa autorskiego, zaowocowało sprzeciwem. Bunt ten opiera się na działalności Ruchu Wolnego Oprogramowania, szeroko rozumianym Ruchu Wolnej Kultury, którego najciekawsze przykłady to Creative Commons, Open Access, Open Course Ware, działalność Fundacji Wikimedia8 i infoanarchistów walczących z tzw. “prawem własności intelektualnej”9. Bunt ten nie musi być jednak oparty na przekonaniach jednostki, nie musi być nawet uświadomiony. Sama architektura, według Mitcha Kapora, jest polityką10. Zatem sieciowa infrastruktura i sieciowe, hipertekstowe połączenia automatycznie stoją w opozycji do zamknięcia, sztywnej hierarchii i ograniczania przepływu informacji.


3. Kultura edukacyjnego daru

Kultura edukacyjnego daru, to kultura, która kształtuje się na bazie sieciowej, otwartej architektury internetu, dzięki możliwościom zarówno odbioru jak i nadawania, przy użyciu narzędzi umożliwiających wymianę i współpracę, a także przy wsparciu ideologicznym różnorodnych instytucji i grup ludzi.

Według Ebena Moglena, jednego z głównych działaczy ruchu wolnego oprogramowania i współtwórcy m.in. licencji GNU GPL, pogłębia się, a jednocześnie uświadamiamy ją sobie coraz bardziej, przepaść pomiędzy rzeczywistymi możliwościami oferowanymi przez nowe media, a coraz mniejszymi możliwościami, które zmuszeni jesteśmy zaakceptować. Moglen nie traci jednak ducha i pisze, że pojawia się jednocześnie “nowy system dystrybucji, bazujący na kojarzeniu równych, bez hierarchicznej kontroli, który zastępuje zniewalający system dystrybucji muzyki, wideo i innych dóbr”11. Według niego od uniwersytetów, bibliotek i podobnych instytucji powinniśmy wymagać kompletnego, darmowego dostępu do wiedzy dla wszystkich ludzi. Moglen pisze dalej “powierzamy się rewolucji, która uwalnia ludzki umysł. Obalając system piractwa, własności idei, powołujemy do życia prawdziwe społeczeństwo, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”12. Czy aby na pewno wszystkich? Według Wade'a Rousha, ludność krajów zachodnich zaczyna spędzać całe dnie w niewidzialnym polu informacyjnym, które jest wytworzone przez nasze cyfrowe urządzenia, jak laptopy, telefony komórkowe i odtwarzacze muzyczne, bezprzewodowe sieci połączeń komunikacyjnych, służących nam w podróży i dzięki internetowi i rosnącej liczbie sieciowych narzędzi służących wyszukiwaniu informacji, komunikacji międzyludzkiej i współpracy z innymi ludźmi. “Uzbrojony w nic więcej niż telefon komórkowy, nowoczesny mieszczuch może uzyskać odpowiedź na prawie każde pytanie, zlokalizować znajomych, przyjaciół i usługi; dołączyć do wirtualnych społeczności, które tworzą się i rozchodzą w mgnieniu oka wokół współdzielonej pracy i wspólnych zainteresowań; może również publikować bloga, zdjęcia, nagrania dźwiękowe i wideo nieograniczonej publiczności”13. Jednak nie wszystkich na świecie stać na korzystanie z nowych technologii. Dlatego pojawiają się inicjatywy, które mają na celu umożliwienia korzystania z nowoczesnych narzędzi. Przykładem może być laptop za 100$ przygotowywany pod kierunkiem Nicholasa Negroponte.


4. Podsumowanie

Czy w świecie równych głosów, wolności wypowiedzi i swobody współpracy, współtworzenia, szkoła powinna nadal opierać się na hierarchicznej organizacji, przekazywaniu wycinkowej wiedzy i ocenianiu zaangażowania i zasobności informacyjnej jednostek? Czy może mamy dawać jedynie podstawy wspólnej wiedzy, tworzyć bazę, punkt wyjścia do poszukiwań? A może mamy uczyć jak poszukiwać, wykorzystywać narzędzia i współpracować? A może szkoła nie jest już potrzebna, albo potraktować ją powinniśmy jako niezbędny przymus, taśmę produkującą bezwartościowe papierki bez pokrycia? W każdym razie nie powinniśmy się dziwić, jeśli dla młodych ludzi szkoła coraz rzadziej będzie synonimem edukacji, zwłaszcza dla tych, którzy korzystają już dziś z wolnych źródeł informacji i przyzwyczajeni są, jak w przypadku Wikipedii do nieustannych zmian, modyfikacji, do tego, że nic nie jest powiedziane raz na zawsze. A to właśnie świadomość nieustannej zmienności, możliwość, a raczej konieczność ciągłego ulepszania opublikowanych już treści, zgromadzonej wiedzy, najlepiej oddaje ducha “uczenia się bez końca” czy inaczej “uczenia się przez całe życie”.

Jeśli nie dokonamy wyboru i nie rozpoczniemy zmian, może się okazać, że szkoła jest tylko przymusem, obowiązkową kuźnią papierów bez pokrycia, a może przymusowym skansenem. A główną lekcją, jaką młodzi ludzie mogą ze szkoły wynieść jest wiedza o tym, jak nie warto działać i funkcjonować. Nasze społeczeństwo, chcemy tego czy nie, pod wpływem korzystania przez nas z sieci internetowej i coraz szerszego dostępu do mediów zaczyna się zmieniać. Jak będzie wyglądać, zależy głównie od nas. Jeśli jednak zaprzestaniemy krytycznej refleksji i działania na rzecz zmian, możemy ponownie obudzić się w świecie dwóch kontrolowanych kanałów telewizyjnych lub tysięcy pstrokatych programów, nasączonych łagodną i ciepłą papką bezwartościowych treści. Bo swoboda nadawania wartościowych informacji, możliwość współpracy i wolność tworzenia może zostać zablokowana przez zniesienie neutralności sieci, rozszerzanie i jeszcze bardziej skuteczne egzekwowanie prawa autorskiego i knebel w usta niepokornym obywatelom, polegający na współpracy gigantów medialnych i rządu, czego przykładem są choćby dzisiejsze Chiny.


Przypisy:


1Kelleher, K., (2006). All-access economy. Wired nr7

2 Castells, M. (2004). Galaktyka internetu. Rebis.

3 Zobacz np. film “Revolution OS”.

4 Wypowiedziane m.in. w filmie “Revolution OS” i wielu tekstach Stallmana.

5 Mówienie o otwartości nawiązującej jedynie do Otwartych Źródeł niesie niebezpieczeństwo mechanicznego jej traktowania i odwoływanie się do tak rozumianej otwartości to nic więcej niż praktycyzm, który może prowadzić do konformizmu.

6 Wiele dystrybucji GNU/ Linuksa korzysta zarówno z wolnego jak i otwartego oprogramowania- przykładem jest Ubuntu- a niejednokrotnie oprogramowanie Open Source i Free Software jest publikowane na identycznej licencji i określanie jednym lub drugim mianem zależy wyłącznie od optyki ideologicznej danej osoby. Mówi się również o FLOSS: Free/ Libre, Open Source Software- jest to zbiorcze określenie na oba typy oprogramowania.

7 Mówienie w Polsce o potrzebie ideologicznego kształtowania może zapewne budzić wstręt, jest jednak moim zdaniem niezbędnym warunkiem spójności każdej strategii edukacyjnej.

8 Wikimedia łączy wolną kulturę “pozaprogramistyczną” z ruchem wolnego oprogramowania poprzez zastosowanie licencji GNU FDL na publikowane treści, licencji GNU GPL na mechanizm Wikipedii i projektów pokrewnych oraz wykorzystywanie tylko wolnego oprogramowania.

9 Termin ten jest bardzo szeroki i nieprecyzyjny. Odnosi się do prawa autorskiego, patentowego i prawa znaków handlowych, które kształtowały się oddzielnie. Richard Stallman uważa to określenie za mylące i mające na celu propagandę własności informacji.

10 O'Reilly, T. What is web 2.0. Odebrane: 30.09.2005. z: www.oreillynet.com

11 Moglen, E. (2003). The dotCommunist Manifesto. Odebrane: 30.09.2005. z: www.emoglen.law.columbia.edu

12 tamże

13 Roush, W. (2005). Social Machines. Technology Review: sierpień.



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

sobota, marzec 31, 2007

"własność intelektualna" a upadek liberalnego kapitalizmu

Znowu zacząłem kupować "Dziennik". Znowu w soboty. Dla dodatku "Europa", który często przedstawia interesujące, intrygujące wypowiedzi i wywiady. Tym razem ciekawa dyskusja m.in. ze Slavojem Żiżkiem. Nie będę referował całości, skupię się na drobnym wycinku.

Otóż Żiżek wymienia kilka zwiastunów upadku liberalnego kapitalizmu. Skupię się na pierwszych trzech, bo tak naprawdę interesuje mnie dzisiaj "ten trzeci". Pierwszym jest ekologia, która jest jeszcze traktowana jako jeden z obszarów rynku i jest "zasysana" przez kapitalizm. Ale gdy tylko dojdzie do katastrofy większej niż ta w Czarnobylu (Żiżek mówi o "dziesięć razy większej"), system się załamie, bo nikomu nie będzie się opłacało podjąć zbyt dużego finansowego ryzyka uczestnictwa w redukcji skutków katastrofy. Drugim zwiastunem upadku są nowe formy segregacji i apartheidu. Przykładem niech będą powiększające się slumsy, które zamieszkiwane przez miliony osób zostały osierocone przez państwo, nie dające sobie rady na tych obszarach, nie mające rzeczywistego zwierzchnictwa. Slumsy są potencjalnie wybuchowym obszarem, z którym, według opinii Żiżka, liberalny kapitalizm nie jest w stanie sobie poradzić. Trzeci zwiastun to dominacja własności prywatnej. Żiżek nie jest jednak "paleolitycznym marksistą", co próbował zasugerować prowadzący debatę redaktor. Dlatego, że nie chodzi mu o własność materialną. Jak pisze Żiżek:

"Chcę tylko powiedzieć, że nastąpiło przesunięcie akcentów od posiadania przedmiotów materialnych do posiadania tak zwanej własności intelektualnej. Co to zmienia? Otóż gdybyśmy pozostawili sprawę jedynie wolnemu rynkowi, dochodziłoby do rozmaitych paradoksów: np. firmy, które opatentują fragmenty genomu, byłyby właścicielami formuły naszego ciała. Zresztą dysfunkcjonalność bezwarunkowej ochrony własności intelektualnej widać już dzisiaj: kiedy w USA wypuszcza się na rynek nowy produkt, koszt systemu ochrony przed skopiowaniem jest często wyższy niż koszt samego produktu".

Przytaczałem już kiedyś w HIPERbLOGu poglądy Żiżka dotyczące wirtualnej rewolucji. Rewolucji, która za pałac zimowy powinna uznać sferę wirtualnej rzeczywistości, a raczej globalną sieć komunikacyjną. Zatem walka z neoliberalizmem powinna się w dużej mierze toczyć w przestrzeni informacyjnej, w globalnej informacyjnej sieci. Z jednej strony musi to być publikacja krytycznych sądów na temat liberalnego kapitalizmu, głosów sprzeciwu i prowadzenie debaty na temat możliwych alternatyw (np. co po kapitalizmie?), skupianie różnorodnych zwolenników zmiany. Z drugiej powinna to być walka o uwolnienie informacji. Czyli infoanarchistyczna walka o "dostęp do sumy ludzkiej wiedzy", którą to wiedzę można również twórczo wykorzystywać. Wydaje mi się, że walcząc o informację, warto sięgnąć do hakerskich wartości, przykładów hakerskiej współpracy (jak np. GNU/ Linux). Oczywiście hakerzy inspirują mnóstwo projektów realizowanych w innych obszarach kultury niż oprogramowanie- przykładem jest choćby działalność Fundacji Wikimedia i rozprzestrzenianie dzięki sieci różnego rodzaju wolnych projektów i inicjatyw opartych o wolne licencje publikowania treści. Wiadomo, licencja licencji nierówna, ale jest to jednak pewna zmiana. Być może coraz większa wolność, otwartość, dostępność i oddolność, jaką obserwuje się w internecie, przeważy nad logiką zamknięcia, m.in. ze względu na lepsze dopasowanie swobodnej, sieciowej komunikacji i współpracy do otwartej, niehierarchicznej struktury hipertekstu i otwartej infrastruktury globalnej informacyjnej sieci. Zatem raz jeszcze: informacja chce być wolna! Niech niesie nas hakerskie hasło...

Zabawne jest to, że w dominujących mediach słowo haker stało się synonimem cyber-włamywacza, cyber-kryminalisty, a może nawet cyber-terrorysty, który walczy z systemem w domowym zaciszu przed ekranem komputera. Być może nie warto zaprzeczać pejoratywnemu zabarwieniu terminu i chętnie w tym znaczeniu go używać. Bo "terroryzm informacyjny", który nie jest absolutnie związany z przemocą, ale może raczej ze zmultiplikowaną, sieciową informacją (być może wykradzioną posiadaczom praw autorskich vide p2p), która dzięki sieci szybko się ropzrzestrzenia, jest jedną z sensownych strategii walki o przestrzeń informacyjną, która w obecnych zero-jedynkowych czasach stała się synonimem przestrzeni publicznej. Realną przestrzeń publiczną już zawłaszczono, ale w "nierealu" nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego, skopiowanego miliardy razy, słowa.

ps wojenna retoryka jest jak najbardziej wskazana, bo tylko dając odpór, a nie jedynie biernie opierając, można rzeczywiście dokonać jakiejkolwiek zmiany. Zwłaszcza, że wojenny język i strategiczne planowanie jest domeną neoliberalnego działania.

Tag:
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

wtorek, październik 24, 2006

Odpowiedź na komentarz Ekhila odnośnie M$ i cyfrowego wykluczenia

Łącze do skomentowanego przez Ekhila tekstu, gdzie można znaleźć również Jego komentarz.

Najpierw odnośnie darmowości- działalność na rzecz darmowego dostępu do wszelkich "produktów" kultury nie oznacza tego samego, co walka o wolność. Wolne oprogramowanie nie musi być darmowe, co w przypadku produktów dla użytkowników indywidualnych zdarza się rzadko, a nawet jeśli trzeba zapłacić, są to kwoty niższe niż za oprogramowanie własnościowe. Często płacimy tylko za nośnik. Z kolei walka o darmowe oprogramowanie to walka o freeware- czyli na dobrą sprawę chcemy dostać coś za darmo, a dalej nie mamy prawa wiedzieć jak taki program działa i nie mamy prawa go ulepszać, a także niekoniecznie musimy mieć prawo do jego rozpowszechniania.

Druga sprawa- cyfrowe wykluczenie i Windows. Oczywiście, możesz mieć w domu taki system operacyjny, jaki sobie wymarzysz. To Twoja sprawa, ale powinienieś mieć również świadomość, że korzystając z produktów M$, być może nie przyczyniasz się do cyfrowego wykluczenia bezpośrednio, ale wspierasz pewien zamknięty sposób produkcji oprogramowania oraz sposób dystrybucji. Krótko mówiąc, zgadzasz się na to, że nie masz żadnych praw do oprogramowania, że pożyczenie oprogramowania koledze jest takim samym przestępstwem jak kradzież samochodu, a także, że można ograniczać dostęp do wiedzy w ogóle i do wiedzy na temat funkcjonowania oprogramowania i że za wartościową wiedzę trzeba płacić, nawet gdy Cię na to nie stać. W przypadku Windows nigdy nie możesz być również pewnym, co właśnie robi Twój OS.

Wiem, że sprawa jest złożona i nie skreślam absoutnie ludzi korzystających z Windows. Sam przesiadałem się stopniowo, korzystająć z dwóch systemów. I tu zgadzam się, że niezbędna jest edukacja. Ale nie edukacja polegająca na obsługiwaniu różnych systemów. Edukacja, która będzie zwracać uwagę na sposób produkcji oprogramowania, wyjaśniająca co możesz zrobić z danym typem oprogramowania, dlaczego nie możesz tego samego robić z GNU/ Linuksem i z Windows. Edukacja skupiona nie tylko na praktycznym wykorzystaniu oprogramowania i swobodzie wyboru pomiędzy programami- co mi wygodniej, ale przede wszystkim oparta na uświadamianiu, co służy społeczeństwu, rozwojowi, a co rozwój ogranicza. Dalej- edukacja, która kierowana jest przez ludzi świadomych, instalujących w szkolnych pracowniach wolne oprogramowanie, które można uzyskać darmowo, a także swobodnie konfigurować, rozdawać za darmo uczniom, żeby w domu mogli korzystać z tego samego oprogramowania co w szkole. Obecnie jest to utrudnione- jeśli podczas zajęć uczą Cię obsługi programu Power Point, Word, Front Page, w dodatku w oparciu o najnowszą wersję M$ Office, to prawdopodobnie w domu skorzystasz z pirackiej wersji, bo na legalną Cię nie stać. Uczymy zatem kombinowania i tego, że szkoła nie pomaga uczniom, radźcie sobie sami. Dlaczego szkoły powinny używać wyłącznie wolnego oprogramowania, wyjaśnia Richard Stallman.

Można to uznać za objaw zakłamania, ale w tej chwili mam jeszcze Windows na dysku, na szczęście tylko jako drugi system komputera stacjonarnego, ponieważ zanim przesiadłem sie na GNU/ Linuksa, kupiłem drukarkę. A do niej nie ma sterowników pozwalających na korzystanie pod GNU/ Linux. Wyzwalanie się nie jest proste i jest procesem stopniowym, który może, a nawet powinien zacząć się od instalacji wolnych programów na Windows- to pozwala przyzwyczaić się do innych programów i ułatwić przesiadkę. Jednak na dłuższą metę, tworzenie oprogramowania wolnego na zamknięte systemy operacyjne skutkuje pewnym wymieszaniem. Skoro można korzystać z wolnych programów pod Windows, można korzystać z zamkniętych pod GNU/ Linux i na dobrą sprawę wolność oprogramowania przestaje mieć znaczenie, liczy się tylko drobny bunt przeciwko monopoliście i wszystko sprowadza się do otwartości. Otwartości, która jest lepsza, bo pozwala na tworzenie lepszego oprogramowania pod względem praktycznym, a nie dlatego, że pozwala uwolnić się od pewnych ograniczeń. I taka właśnie jest filozofia Open Source. Ciekawe artykuły na temat ryzyka "miksowania" oprogramowania wolnego i zamkniętego, a także tworzenia różnego typu oprogramowania na różne systemy można za darmo przeczytać w "Free Software Magazine", zwłaszcza numerze trzecim i czwartym, jeśli dobrze pamiętam.

W walce o dostęp do wiedzy kompromisy powinny być jak najrzadsze. Na dobrą sprawę nie widać oznak szkodliwości Windows- nie stać Cię, znajdziesz piracką kopię. Czy przez korzystanie z Windows komuś dzieje się coś złego? Tyle że działa to na identycznej zasadzie jak np. dbałość o ochronę środowiska- kogo obchodzi, jaką w domu mam lodówkę- czy jest to lodówka z lat '70, która szkodzi powłoce ozonowej, kogo obchodzi, czy mam samochód, który spala dwadzieścia litrów benzyny na 100km itp. Niestety, pewne "drobiazgi" mają kluczowe znaczenie i powinny być rozpatrywane w dłuższej perspektywie. Bo zgoda na wybór Windows oznacza zgodę na wydłużanie w nieskończoność prawa autorskiego, co skutkuje tym, że Ty nie możesz korzystać z dóbr kultury, a korporacje mogą, coraz większą kontrolę nad użytkownikami programów, bo trzeba będzie sprawdzić, czy masz prawo korzystać z oprogramowania albo np. cyfrowych zbiorów bibliotecznych. Czarną, ale możliwą do spełnienia wizję prezentuje Stallman w "Prawie do czytania", którego lekturę serdecznie polecam.

Tag:
Creative Commons License
Ten wpis jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0 Poland.

czwartek, październik 19, 2006

Niech żyje absurd! Microsoft walczy z cyfrowym wykluczeniem

Po przeczytaniu informacji w Dzienniku Internautów, dotyczącej informatyzacji Podlasia nie byłem ani specjalnie zdziwiony, ani zaskoczony. Otóż na Podlasiu rozpoczęto projekt, który ma zwalczać cyfrowe wykluczenie, skierowany głównie do bezrobotnych i zagrożonych bezrobociem. Sprzęt zakupił bank światowy, pewne programy zakupiły pewne firmy (w tej chwili to mniej istotne). Microsoft przyznał natomiast grant w formie pieniężnej i oprogramowania w wysokości 350 tysięcy dolarów.

Na potrzeby projektu powstało również polskie tłumaczenie programu Microsoftu "Digital Literacy". Jak pisze DzI:

"Program został opracowany przez firmę Microsoft z myślą o osobach dorosłych, które nie potrafią korzystać z technologii komputerowych, a chciałyby zdobyć tę wiedzę i wykorzystać ją do rozwoju osobistego i zawodowego".

Dziennikarze dodają jeszcze, że wsparcie od Microsoftu przyznawane jest "w ramach ogólnoświatowego programu grantowego zainaugurowanego przez Microsoft Corporation w 2003 roku - Microsoft Unlimited Potential" (!) (pogrubienie i wykrzyknik moje).

Moje zastrzeżenia:
* uważam, że wsparcie ze strony Microsoftu jest nic nie warte. Bez problemu można zainstalować na komputerach wolne i jednocześnie darmowe oprogramowanie, które nie ustępuje w niczym systemowi operacyjnemu Microsoftu.
* Wolne oprogramowanie zainstalowane w pracowni umożliwiłoby administratorom swobodne kształtowanie systemu operacyjnego na potrzeby pracowni, ponadto nie byłoby potrzeby zakupu dodatkowego oprogramowania chroniącego przed wirusami oraz oprogramowania edukacyjnego, pakietów biurowych, programów do obróbki grafiki, wideo i dźwięku.
* Zapewne wsparcie od Microsoftu jest jednorazowe i po kilku latach nie będzie darmowej wymiany oprogramowania, a trzeba pamiętać, że koszt zakupu licencji na korzystanie z Windows to przynajmniej 300zł. Podobnie sprawa wygląda z licencją na użytkowanie oprogramowania antywirusowego i innych własnościowych programów. Zatem część nakładów przekazanych dla pracowni, wróci do Microsoftu i innych firm najpóźniej za kilka lat. W przypadku zainstalowania wolnego oprogramowania, nie byłoby takiej potrzeby.
* Zakup następnej licencji na korzystanie z Windows pociągnie za sobą prawdopodobnie zakup nowego sprzętu, ponieważ następca XP- Vista, ma bardzo wygórowane wymagania sprzętowe.
* "Last but not least"- Microsoft próbuje redukować skutki cyfrowego wykluczenia, chociaż sam się do cyfrowego wykluczenia nieustannie przyczynia i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim każe sobie płacić ogromne sumy za licencje na korzystanie z oprogramowania, licencje zwykle jednostanowiskowe, a w przypadku nowego systemu Vista- licencje, któr będzie można odsprzedać tylko raz. Poza tym, Microsoft nieustannie zabrania działan edukacyjnych w oparciu o swoje systemy operacyjne, ponieważ zabrania dostępu do kodu. Nieznajomość kodu Windows oznacza również nieznajomość dokładnego funkcjonowania systemu- nie wiemy, czy Microsoft nie gromadzi dokładnych danych na temat użytkowników itp. Nie można walczyć o dostęp do wiedzy, jednocześnie zabraniając do niej dostępu.

Muszę zatem przyznać, że walka z cyforwym wykluczeniem w wydaniu Microsoftu w ogóle mnie nie przekonuje. Traktuję ją raczej jako podstępną kampanię promocyjną. Przypominam sobie, że rok czy dwa temu powstała pierwsza w Polsce pracownia komputerowa dla bezdomnych. Powstała przy niskich nakładach, ponieważ komputery zaopatrzono wyłącznie w wolne oprogramowanie i łaska Microsoftu nie była wcale potrzebna. Przypomina mi się również, że w jednym z tekstów Lessiga w "Świecie Techniki" czytałem o brazylijskich ciężarówkach, czy też autobusach, które zaopatrzone w komputery z wolnym oprogramowaniem jeżdżą po kraju, by uczyć niepiśmienne dzieci "digital literacy". Być może taki sposób Microsoftowi nie odpowiada, ponieważ dzieci w Brazylii uczą się wyrażać siebie poprzez komunikaty medialne konstruowane niejednokrotnie w oparciu o istniejące już teksty- kopiują, wklejają i miksują. A uczenie dzieci, że kultura jest własnością nas wszystkich i wszyscy powinniśmy miec dostęp do wiedzy jest, z punktu widzenia obecnej strategii twórców Windows, niebezpieczna. Niebezpieczna wielce, ponieważ podważa święte obecnie prawo własności intelektualnej i mogłoby zapoczątkować, a właściwie rozszerzyć dyskusję nad restrykcyjnym prawem autorskim, ale i patentowym na szkoły i społeczne instytucje edukacyjne. A na to Microsoft pozwolić sobie nie może.

Niestety, świadczy to również o beznadziejnym przygotowaniu placówek edukacyjnych, które decydują się na rozwiązania Microsoftu. Brak świadomości w tej kwestii, to podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy. Ale nie widzę raczej zbyt wielkich szans na poprawę, jeśli nie będziemy podejmować radykalnych akcji protestacyjnych i radykalnych akcji edukacyjno-uświadamiających. Bo Windows jest znośnym systemem operacyjnym, jeśli nie jest się świadomym społecznych skutków jego wykorzystania.

Tag: , ,
Creative Commons License
Ten wpis jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0 Poland.

środa, październik 18, 2006

Pedagogika (cyfrowo?) uciśnionych

Ostatnio nie mam czasu na pisanie. Być może czytelnicy mi to wybaczą, być może nie. I tak jestem tylko jednym z przeogromnej liczby źródeł informacji więc wielkiej straty na pewno nikt nie odczuwa, kiedy się nie odzywam.

Jestem w fazie nasycania się, nasiąkania nowymi ideami, a może raczej odkrywania tych, które kiedyś było mi dane jedynie powąchać, może lekko polizać lub zaledwie uszczypnąć. Zagłębiam się coraz bardziej w pedagogikę emancypacyjną, pedagogikę krytyczną i wszystko co z tym związane. Zacząłem właściwie od podstaw- korzystając z ułatwienia, jakim jest zamawianie zagranicznych książek w Empiku- zabrałem się za "Pedagogy of the oppressed" Paulo Freire. Myślę, że jest to lektura, którą trzeba przejść kilkakrotnie, pomimo faktu, że ma się wrażenie bezproblemowego odbioru już za pierwszym razem. Zastanawiając się nad radykalnymi poglądami Paulo Freire, przekopując strony WWW, próbując znaleźć jak najwięcej informacji o pedagogice emancypacyjnej i krytycznej, uświadamiam sobie współczesne rodzaje opresji, zwłaszcza te, które dotykają nas nie do końca w namacalny sposób, te z cyfrowego świata: prawo autorskie, konsekwencje cyfrowego wykluczenia, inwigilacji itp. Uświadamiam sobie, że nieustannie narzuca się nam wizję świata, w której musimy korzystać w określony sposób z ograniczonej liczby wytworów, np. z oprogramowania konkretnej firmy, którego nie możemy zmieniać, którym nie możemy się podzielić ze znajomymi. Muzyki, której nie można wypożyczyć koledze, której fragmentów nie wolno wykorzystać do skomponowania własnego utworu. Współczesna kultura remiksu, której można oczywiście wiele zarzucić, tak naprawdę nie różni się od poprzednich epok, kiedy idee krążyły wśród ludzi i kiełkowały na przyjaznej glebie, mieszając się z innymi, łącząc i wydając zupełnie nowy plon. Dzisiaj tego typu działania są nawet coraz bardziej utrudnione- prawo patentowe ogranicza możliwość leczenia biednych, bo nie pozwala na produkowanie leku taniej, ze względu na patentowy monopol konkretnej firmy. Nie możemy swobodnie tworzyć na podstawie istniejących już treści, chociaż wielokrotnie się to sprawdza, jak w przypadku Wikipedii- tworzonej wspólnymi siłami. Coraz częściej nie mamy dostępu do wiedzy, traktowanej jak inne towary, a dostęp oznacza konieczność opłacenia haraczu, przy jednoczesnym zakazie rozdania czegoś, co zakupiliśmy, tym, których na to nie stać. Pomimo faktu, że koszt kopiowania praktycznie nie istnieje.

Tak. Rozpisałem się. I prawdopodobnie piszę banały, które były wypowiadane tysiące razy. Ale zastanawiam się, czy nie potrzebujemy nowej pedagogiki. Pedagogiki cyfrowo uciśnionych, która pozwoliłaby nam uświadomić sobie opresje cyfrowej rzeczywistości i działać przeciwko nim, dając narzędzia do wyzwolenia, skutecznego oporu przeciwko ograniczeniom, które dla mnie, pedagoga, są bardzo istotne. Ograniczeniom dostępu do wiedzy, rozpowszechniania jej i aktywnego współtworzenia, a raczej odkrywania na nowo, nieustannego ponownego inspirowania jednych idei przez drugie, przetwarzania. Bo czy coś może być powiedziane raz na zawsze, zwłaszcza w świecie, który jak nigdy dotąd, pozwala nam na nieustanne mieszanie barw i refleksji, wcale nie prowadząc do powstania szarej brei?

I w tym kontekście zacytuję Wam słowa, odnalezione na stronie Henry'ego Giroux, jednego z teoretyków pedagogiki krytycznej. Słowa, które wypowiedział Carlos Torres:
"There is one thing that Paulo (Freire) has said over and over again, which is, 'YOU DON'T HAVE TO FOLLOW ME. YOU HAVE TO RE-INVENT ME'"

Tag:
Creative Commons License
Ten wpis jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0 Poland.