Subscribe to my full feed.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postęp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postęp. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, styczeń 14, 2008

trzeba nam... inżynierów

Testowo wersja dźwiękowa (hiperblog podcast 1(1)/2008):



Obejrzałem poranny wywiad w "jedynce" z panią minister edukacji. Wartościowej treści w dyskusji niewiele, ale do tego już przywykłem i bełkot nadają nieustannie wszystkie gadające stacje telewizyjne. Ale bełkotliwy wywiad z minister edukacji dziwi. I wśród masy nieistotnych pytań i nieistotnych odpowiedzi, bo ile można słuchać, czy będą podwyżki i ileż można słuchać wykrętów, jakby minister nie mogła powiedzieć wprost. Ale taki już widać los polityków, grać, mówić półprawdy, nie mówić niczego a potem i tak się wypierać...

Nie miałem jednak pisać o politykach w ogóle, ale w szczególności. Pani minister powiedziała właściwie tylko o jednej istotnej sprawie- o maturze. Ucieszyło mnie, że nareszcie zaczniemy podchodzić do licealistów i innych uczniów szkół maturalnych jak do ludzi, a nie podludzi ubranych w mundurki (tu już się rozpędziłem, bo licealiści mundurowani nie są, choć w pewnym technikum kiedyś co ranek musiałem zakładać piękny zielony mundur...). Otóż zasada będzie taka- do jakiej szkoły wejdziesz, taką skończysz. Co oznacza, że uczniowie będą mieli taką maturę, jaka obowiązywała w momencie rozpoczęcia przez nich średniej edukacji i nie można tych warunków zmieniać. A przypominam sobie, kiedy w drugiej klasie liceum straszono mnie, że będę pisał obowiązkową maturę z matematyki. Mnie się udało, ale dwa lata młodsi koledzy, zdziwili się w drugiej klasie, dowiadując o obowiązkowej matematyce, którą i tak w kolejnych latach (do "nowej matury") wycofano, bo byli eksperymentalnym rocznikiem nowej matury. Teraz na ten eksperyment, przynajmniej w uczelnianych komisjach rekrutacyjnych, a zdarzyło mi się raz być sekretarzem jednej z nich, mówi się "nowa matura 2002".

Nie wszystkie jednak niebełkotliwe wypowiedzi pani minister cieszą. Co prawda nie będzie zmian zaskakujących uczniów, ale modyfikacje będą. Na razie są plany reformy matury w taki sposób, by była zunifikowana, bez wersji podstawowych i rozszerzonych, bez wielu przedmiotów do wyboru, żeby poziom był rzeczywiście porównywalny i żeby uczelnie mogły spokojnie zestawić kandydatów. Matematyka będzie obowiązkowa, ponieważ pani minister uważa, że największym problemem polskiej edukacji jest niechęć do studiów inżynierskich. Trzeba nam zatem... inżynierów, a powszechnie wiadomo, że tylko obowiązkowa matura z matematyki zachęci do inżynierskich studiów. Pani minister wie, bo z wykształcenia jest nauczycielem matematyki. Komentarze wykładowców politechnik, jakoby to poziom nauczania matematyki na długo przed szkołą średnią i przez cały okres jej trwania, powodował ogromny odsiew na studiach inżynierskich, nie robią na pani minister żadnego wrażenia.

Trzeba nam inżynierów, jednolitej matury. Niech przyszli poloniści poczują chęć zostania budowniczymi mostów, bo może rzeczywiście stracą nieco czasu na lekturę i studiowanie gramatyki oraz uczenie się języków obcych, a kto wie, czy niektórzy nie zasilą liczby studentów politechniki pierwszego roku, którzy odpadają po pierwszym semestrze, ale może z niektórych inżynierów zrobić da się.

I chociaż uważam, że szanse rozwojowe polskich nauk ścisłych są dość marne, ze względu na poziom kształcenia w szkołach i finansowanie nauki, a nie ze względu na nieubieganie się o politechniczne studia, to obawiam się, że przymusowa technicyzacja nie ma najmniejszego sensu. Mówię to jako były uczeń, który przez pierwsze dwa lata licealnej matematyki był uczniem dobrym i pojętnym, wolałem jednak zgłębianie losów Józefa K. niż kreślenie sinusoidy na maturalnym egzaminie. Wszechstronna edukacja byłaby wspaniała i wzorem renesansowego mózgu jest dla mnie Stanisław Lem, ale w postrenesansie mamy już za dużo informacji i zbyt kiepskich twórców systemu oświaty (o dużej liczbie kiepskich belfrów, błędnie nazywanych pedagogami, nie wspomnę), żeby nam się udało taśmowo Lemów produkować.

I raczej widzę przymusową matematykę na maturze, jak przymusowe szkolne wykopki, o których opowiadała mi mama, które wcale nie spowodowały, że została studentką Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, niż jako receptę na odbudowę inteligentnej, mądrej Polski...

zrzut ekranu z gry "Team Fortress 2" skopiowany z: http://www.linuxcrypt.net/?p=53

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, grudzień 03, 2007

szkoła...

Ostatnio mam okazję co jakiś czas prowadzić zajęcia ze studentami w budynkach szkół średnich. Nie są to uniwersyteckie zajęcia wyjściowe, prowadzone są poza moją macierzystą uczelnią w klasach wynajmowanych na sale wykładowe. Jakiś czas temu, po kilku zajęciach przeprowadzonych w pracowni języka polskiego, przyszło mi do głowy, żeby zbadać, jak wyglądają, np. w Gdańsku, a może w całym Województwie Pomorskim pracownie konkretnych przedmiotów. Pewnie nie wezmę byka za rogi, bo ilość materiału byłaby ogromna, ale kto wie, czy nie zajmę się mniejszą miejscowością lub nie zdecyduję na przyjrzenie klasom polskiego lub historii w części gdańskich szkół (pomijam na razie dostępność do materii badawczej). Nie marzy mi się uczestniczenie w lekcjach, chciałbym jedynie przyjrzeć się układowi sprzętów, wystrojowi klasy, krótko mówiąc, architekturze wnętrza i zastanowić, jakie jawne bądź ukryte komunikaty można odczytać z wizualnej powierzchowności sal szkolnych (temat wielokrotnie poruszany przez analityków hidden curriculum, ale wart rozważania nieustannie). Myślałem o przygotowaniu dokumentacji zdjęciowej i następnie zanalizowaniu materiału, którego częścią być może byłyby wywiady z nauczycielami- opiekunami klas, uczącymi w swoich salach. A może nawet przeprowadzenie wywiadów z dyrektorami placówek i zebranie danych dotyczących ich światopoglądu, sytuacji finansowej szkoły itp. itd. Oczywiście, nie traktujcie powyższych wynurzeń jako planu badań, bo metodologia powyższego leży, a jedynie rzucam hasła. Pomysły nieco kierują w stronę badań ilościowych więc może poprzestanę na jednej szkole i dogłębnym przyjrzeniu się rzeczywistości szkolnej architektury wystroju, sprzętów, ścieżek uczniowskich i szkolnego czasu. Zainspirowały mnie zdjęcia z badań TGI portrait, które widziałem w jednym z numerów “Kultury Popularnej”, gdzie można było zobaczyć jak wyglądają w różnych mieszkaniach stanowiska z komputerem i monitorem.

Zupełnie niedawno zrobiłem nawet kilka zdjęć jednej z klas. Ale wymagają bliższego przyjrzenia się więc o tym napiszę może jutro.


W tej chwili siedzę w klasie na ostatnim piętrze starego budynku jednego z gdańskich liceów i czekam na pojawienie się studentów. Za oknem ciemno, pora wieczorna i zaczynam przypominać sobie własną szkołę, którą kiedyś spróbowałem nawet opisać pobieżnie w opowiadaniu, przychodzą mi również do głowy opowiadania Schulza i obrazy chwil przeżytych w lekcyjnych salach. A niemało, bo kilkanaście lat spędziłem w klasach o identycznym układzie ławek i tak samo zorganizowanej hierarchii, gdzie nawet sprzęty milcząco porządkowały szkolną rzeczywistość. Pamiętam, że zawsze marzyłem, żeby zasiąść przy biurku na podwyższeniu katedry i zarządzać klasą, ale robić to tak, żeby jednocześnie zmieniać parszywą rzeczywistość. Chciałem przewrócić do góry nogami otaczający szkolny świat.

I siedzę teraz na podwyższeniu, za dużym odrapanym biurkiem, w pracowni języka rosyjskiego, wśród map Rosji, plansz z alfabetem i zdjęć Federacji. Spogląda na mnie Puszkin wraz z Tołstojem i innymi literatami Rosyjskimi, wiszą dziwnie nad samowarem, który pamięta jeszcze lata "wielkiej przyjaźni". Wszystko przybrane marnym kwieciem i pożółkłymi księgami zapisanymi grażdanką, które kruszą się na półkach starych regałów.


I jednocześnie nienawidzę szkolnych sal, gdzie spędziłem dzieciństwo i kawał młodości, a zarazem uwielbiam je. Bo pomimo wielu przykrości, jakich w szkole doznałem, pomimo prób dopasowania mnie do określonego pedagogicznego wzorca (chociaż teraz mam wątpliwości, czy nauczyciele rozumieli, skąd ów wzorzec się wywodzi), traktuję szkołę jako miejsce bezpieczne. Może wynika to z mojego kontaktu ze szkołą na stopie typowej dla ucznia, ale jednocześnie ucznia uczestniczącego w wielu pozalekcyjnych zajęciach, kołach zainteresowań. A podczas takich spotkań szkoła gubiła swoją gębę pruskiego kaprala i nabierała cech miejsca, gdzie rozwija się zainteresowania, spotyka ze znajomymi o wspólnym hobby, a od czasu do czasu uczestniczy np. w pozaszkolnych imprezach i dyskotekach. Jest zatem szkoła, jako budynek, ale jako instytucja, czymś co można odbierać skrajnie różnorodnie. Dlatego często, gdy zastanawiam się nad społeczną funkcją szkoły, pomimo moich idealistycznych antypedagogicznych poglądów, chcę by istniała. Wolę ją reformować niż samemu dać się zreformować ludziom pozbawionym dostępu do minimalnego chociaż oświecenia i poznania świata. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że gdyby szkoły nie było, wszyscy chętnie uczyliby się np. w sieci i poziom intelektualny Rodaków na tym by nie stracił. Wizja odszkolnionego społeczeństwa Illicha jest tak samo niemożliwa do spełnienia, jak wizja antypedagogicznej szczęśliwości i samodzielnego decydowania o przerabianym materiale, chodzeniu do szkoły i w ogóle o wszystkim z zachowaniem odpowiedzialności za siebie, co kreśli w swoich pracach np. Schoenebeck. Trudno mi jednak również uwierzyć, jak pisze m.in. Szkudlarek powołując się też na Giroux, że szkoła jest jeszcze miejscem spotkania ludzi z różnych grup społecznych, czymś w rodzaju miniatury społeczeństwa, gdzie negocjuje się sensy. Negocjacji nie ma. Jest zamordyzm pruskiego kaprala, który może i przebrał się we współczesne ciuszki i zamiast dyscypliny i linijki zostawiających czerwone ślady na pośladkach lub dłoniach, używa bardziej wysublimowanych metod psychologicznych, ale wciąż jest to pruski dryl. Jest też coraz wyraźniejszy podział na szkoły lepsze i gorsze, społeczne, prywatne i publiczne i na dobrą sprawę publiczna edukacja, jeśli świetna, to i tak ograniczona do grona spadkobierów dużego kapitału kulturowego (przy okazji Damian- dzięki za informacje o przedszkolu i nieformalnym doborze dzieci na podstawie "pochodzenia"- wykonywanej pracy i statusu rodziców, to porażające).


Kończę ten wpis, bo ani nie mam pomysłu na szkołę, ani tym bardziej na świat bez niej. Może ze szkołą jest jak z demokracją. A słynny cytat Churchilla mógłby brzmieć tak: "Stwierdzono, że szkoła jest najgorszą formą edukacji, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu". Ale może jesienna pogoda tej zimy sprawia, że niebezpiecznie uciekam w konserwatywne meandry rozważań. Chociaż, kto wie, czy nie udałoby się połączyć klasycznych "pedagogicznych ogórków konserwowych" z wyszukanymi potrawami edukacyjnych eksperymentów. Ciekaw jestem, czy Piotr skonstruował już swoją pedagogiczną wizję niewielkiej szkoły. Jeśli to czytasz Piotrze, daj sygnał. Pedagodzy, zwłaszcza ci zbuntowani i poszukujący powinni się od czasu do czasu wzajemnie upewniać, że nie oszaleli...


Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, październik 22, 2007

pseudodemokracja i media- garść refleksji po dwóch latach...

Dwa lata temu pisałem o pseudodemokracji. O demokracji udawanej. Raz na cztery lata serwuje się obywatelom wybory, które wolnymi wyborami na pewno nie są, ponieważ nieustannie publikuje się sondaże, zastępujące część procesu wyborczego i kształtujące opinie i preferencje wyborcze. Sondaże połączone z wybiórczo przeprowadzaną debatą, gdzie media, które powinny pełnić rolę przekaźnika, zamieniają się w nadajnik, filtrujący programy wyborcze i dopuszczający do głosu zestaw partii, które najmniej zagrażają medialnym interesom i nie są nastawione na radykalne zmiany. Jaki w tym problem? Ano taki, że nie ma to nic wspólnego z demokratycznym, oddolnym procesem wybierania przedstawicieli.

Trzy stacje telewizyjne i Polskie Radio zaserwowały nam piękne obrazki wyborczych debat. Jeden z głównych kandydatów się nieco opierał, ale ostatecznie przeprowadzono debatę "każdy- z każdym". A ściślej rzecz ujmując, tylko trzy debaty w wybranej przez głównych aktorów i same media konfiguracji.

Moim zdaniem, wybiórcze debatowanie jest skandalem. Nie tylko dlatego, że media nie były obiektywne i wybrały dla siebie zestaw, który, co było wiadomo z sondaży, będzie miał sporą oglądalność. Gdyby takie debaty "poleciały" jedynie w telewizjach komercyjnych, nie miałbym im za złe. Ojciec Dyrektor również selektywnie dobiera autorytety dla swoich radiosłuchaczy. Jednak współorganizowanie debaty przez Telewizję Publiczną i Polskie Radio i niedoprowadzenie wszystkich dużych komitetów wyborczych do przedstawienia meritum swoich programów wyborczych w, być może zaciętej i trudnej, ale wspólne debacie, było kompromitacją i moim zdaniem końcem telewizji publicznej. A ciekawą formułę debaty proponował Waldemar Pawlak z PSL, postulując publicznie dziesięciodniową debatę, każdego dnia poświęconą innym problemom polskiej rzeczywistości. Być może debata się nie odbyła, bo, po pierwsze- ilu Polaków oczekiwało merytorycznej debaty, po drugie- debata na poziomie mogłaby skompromitować tych, którzy toczyli debatę na haki, podkładanie świń (i psów; sukę Sabę wyprowadzić!) i wizerunki. Bo właśnie takie trzy wieczory wyborcze- debaty na wizerunki i łapanie za słówka, zaserwowała nam TVP, PR, TVN24 i polsatowska TV Biznes.

Mieliśmy wybory nie "za", ale wybory "przeciw". A publikowane wcześniej sondaże pokazały nam na kogo głosować, żeby owo "przeciw" mogło być skuteczne. Jak się okazało, skuteczne było. Nie zmienia to jednak faktu, że cisza wyborcza to zupełna fikcja. Dwa dni spokoju to bardzo krótko. Dlatego świadomie podtrzymuję mój pomysł sprzed dwóch lat- publikowanie sondaży powinno być zakazane, ponieważ nie wybieramy programów partyjnych, ale wyborcze słupki. Z drugiej strony, dwudniowa cisza wyborcza to może i ładna tradycja, ale zastanawiam się, czy nie lepiej, żeby nie było jej wcale. Bo wówczas może więcej osób otworzyłoby oczy, kiedy na każdym kroku atakowałyby nas procenty, słupki i zestawienia, nieustannie podważające sensowność oddania głosu na konkretny komitet wyborczy. Tak jakby w sklepie cały czas zmieniały się ceny, a decyzja o zrobieniu zakupów w danej chwili byłaby ryzykowna, bo z kasy, jak po wrzuceniu głosu do urny, nie byłoby odwrotu. I mógłby pozostać niesmak, że w momencie wrzucania głosu słupki zmieniły się tak, że może lepiej byłoby dokonać innego wyboru.

Tradycyjne dwa dni ciszy wyborczej rozbawiają mnie z jeszcze innego powodu. TVN24 dwie godziny przed ogłoszeniem ciszy wyborczej publikuje słupki, bez podania procentów i bez podpisania ich, ale już wiadomo, że ktoś wygrał i że przewaga jest spora. Chwilę potem (wciąż przed końcem ciszy) widzimy opróżniający się sztab PiSu i uśmiechnięte miny w sztabie PO, a prof. Staniszkis, w rozmowie z innym profesorem na antenie TVN24, kiedy ten mówi o wygranej PiSu, pyta: "Jaka wygrana PiSu?!", po czym rzeczony profesor tłumaczy się, że ta sprzed dwóch lat. Niby wszystko już jasne, ale zajrzałem do gadu gadu. Tam w opisie, znajoma, której kumpel aktywnie działa w jednej z partii (od niego dostała dane), podaje wyniki PO i PiS. Później okazało się, że podała wyniki z jednoprocentową pomyłką, a dokładne dane wszystkich partii podał mi znajomy pracujący w redakcji jednego z ogólnopolskich tygodników. Śmiech na sali.

Czy za cztery lata będzie lepiej? Nie sądzę. O ile wspaniała była mobilizacja wyborców, to kojarzy mi się ona z pędzieniem sezonowym bydła na łąki. Bo co to za demokracja, w której masowo uczestniczy się raz na cztery lata, kreśląc dwa iksy?

Zanim skończę ten przydługi powyborczy wywód, jeszcze tylko jedna sprawa. Powstało ogromne wzburzenie związane z przedłużeniem ciszy wyborczej i wyborów w kilku obwodowych komisjach. Co dla mnie było najzabawniejsze, podobno jeszcze podczas ciszy wyborczej przedstawiciel PiSu jechał do PKW się poskarżyć. Był to dla mnie jeszcze jeden dowód na prawdziwość wyników, które otrzymałem ze swoich źródeł. I kolejny powód do śmiechu. Bo jak to możliwe- idąc tokiem myślenia wzburzonych- że zezwala się wszystkim wyborcom na oddanie głosu i że nie można opublikować sondaży o umówionej porze? Jak można przesuwać o pół godziny "Taniec z gwiazdami"? To przykre, ale w Polsce sondażę zdominowały polityczny język i zarówno dla polityków, jak i mediów, a także zindoktrynowanych wyborców, moment ogłoszenia sondaży jest ważniejszy niż oficjalne wyniki z Państwowej Komisji Wyborczej.

C.D.N.- za cztery lata, chyba że serial zacznie się od nowa... w końcu jak śpiewał przed śmiercią Freddie Mercury "Show must o on".

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

piątek, październik 19, 2007

Edukacja warszawska 2.0- relacja

We wtorek miałem przyjemność wziąć czynny udział w konferencji "Edukacja warszawska 2.0". Spotkanie było bardzo ważnym wydarzeniem w skali kraju, nie tylko Warszawy. Tak naprawdę samej Warszawie poświęconych było niewiele wątków i rozumiem, że Biuro Edukacji musiało dopisać swoje hasło do tytułu konferencji.

Brałem udział w części pierwszej, gdzie po wprowadzeniu szefa Biura Edukacji Warszawy, następnie organizatorów: Edwina Bendyka i Mirosława Filiciaka oraz Alka Tarkowskiego, a także po krótkim wykładzie prof. Wieleckiego i przed wystąpieniem Mirosława Filiciaka, przedstawiłem kilka słów na temat "Edukacja przyszłości. Świadomość, aktywność, wymiana współpraca" (notatkę z wystąpienia znajdziecie na "Kulturze 2.0"). Pomijając fakt, że po nocnym wstawaniu by na 9.00 pojawić się w Warszawie, wysiadł mi nieco system oddychania i wszystko powiedziałem na szybkich i krótkich oddechach, udało mi się przedstawić najważniejsze tezy. Po wystąpieniu spotkałem się z zarzutem od nauczycielki z jednego z warszawskich liceów, że promując wartości hakerskie w edukacji, promuję wartości bandyckie, ale Edwin Bendyk szybko sprostował, że nie chodziło mi zapewne o medialny obraz hakerów (pierwszy do odpowiedzi na zarzut wyrywał się Jarosław Lipszyc, ale to chyba zrozumiałe, jesteśmy ideologicznie w pewnych kwestiach z podobnej G(NU)liny).

Nie będę omawiał prezentacji. Były bardzo ciekawe, różnorodne i świetnie, że coraz więcej uwagi poświęca się wykorzystaniu mediów w edukacji formalnej i dostrzega możliwość współpracy pomiędzy szkołą- instytucją, a inicjatywami oddolnymi. Niestety, nie udało mi się zostać aż do panelu, ciekaw byłem co ma do powiedzenia dr Dominik Batorski, z którym udało mi się jedynie przedstawić.

Gdybym miał szukać negatynych stron konferencji, podczas wystąpień za mało było przedstawicieli pedagogiki. Za mało było osadzenia tematyki w refleksji pedagogicznej, z pedagogicznego punktu widzenia. Zdaję sobie sprawę, że pedagodzy w Polsce niekoniecznie rozumieją, o co chodzi w nowych mediach, o czym mówi Jenkins i zapewne po części postrzegają to jako niepedagogiczną herezję. Jednak samo spotkanie edukacyjnych aktywistów, nauczycieli i naukowców (którzy choć zainteresowani edukacją medialną, zorientowani świetnie w tematyce, to jednak wyprowadzający swoją refleksję nieco obok doświadczeń pedagogiki, pedagogicznych koncepcji, pedagogicznej historii i pedagogicznej krytyki) bez większego udziału pedagogów akademickich pozostawiło we mnie uczucie niedosytu. Ale rozumiem kwestię ograniczeń czasowych, konieczność wyboru najciekawszych wątków i być może nawet brak wiedzy co do możliwości zaproszenia "świadomych pedagogów". Tu pojawia się miejsce do popisu (absolutnie nie chodzi mi o koalicję ;p) dla samych pedagogów, co też powoli zaczynamy konstruować w ramach Pracowni Edukacji Medialnej, szykując na przyszłoroczną jesień konferencję.

Niedosyt ten jednak to coś wspaniałego. Chciałbym zaznaczyć, że bardzo szanuję i jestem pod wrażeniem działań Mirka Filiciaka, Alka Tarkowskiego i Edwina Bendyka, którzy w tej chwili jako jedyni w Polsce aktywnie organizują myślenie o edukacji medialnej, nowocześnie rozumianej. Fakt odpedagogizowania myślenia o edukacji medialnej- na życzenie samych pedagogów, którzy utknęli w połowie lat dziewięćdziesiątych, czego dowodem po części jest "Pedagogika medialna" wydana przez PWN pod redakcją Bronisława Siemienieckiego- być może otworzy oczy młodym pedagogom na potrzebę aktywnego włączenia się w refleksję i prace nad kształtowaniem medialnej edukacji w Polsce w oparciu o zupełnie świeżą diagnozę edukacyjnych możliwości, zaprezentowaną przez organizatorów konferencji w Warszawie.

Przez powyższe wywody nie chcę powiedzieć, że pedagodzy mają wkroczyć i po swojemu ustawić myślenie o pedagogice medialnej, ale jedynie, że powinni współtworzyć ten obszar refleksji i praktyki, dorzucając silne pedagogiczne bodźce i współpracując z socjologami, kulturoznawcami, dziennikarzami (tu ukłon raz jeszcze w stronę organizatorów) i nauczycielami oraz uczniami, obecnie funkcjonującymi w nieformalnych edukacyjnych wspólnotach, które są dla instytucjonalnej szkoły czymś tak nierozpoznanym, jak sto lat temu powierzchnia Księżyca. Czas wspólnie zrobić jeden mały krok, który może okazać się wielkim krokiem dla ludzkości. Chodzi jedynie o to, by ludzkość nie wyprzedziła pedagogiki, pozostawiając ją z tyłu, bo może się okazać, że przez to niedopatrzenie rozleziemy się w zupełnie różne strony, bądź znajdziemy po dwóch stronach rzeki, na której nie postawiono jeszcze mostu...

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, wrzesień 03, 2007

Skazuję was na... sześć lat szkoły

Dzisiaj uroczysta inauguracja roku szkolnego. Czterysta tysięcy uczniów rozpocznie naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Minister Edukacji, prof. Legutko uroczyście rozpoczął rok szkolny w liceum w Radomiu. Skupiony siedziałem przed telewizorem, oczekując przemówienia pana ministra. To takie pedagogiczne zboczenie, które nabyłem podczas studiów, wyczulony przez moją Panią Profesor. Zboczenie pozostało, bo stałem się adeptem nauki pedagogicznej.

I nagle spikerka przerywa program, informując, że to już. Drogi pan minister jąkając się, czytając z kartki, monotonnym i nudnym głosem wyraził swoje oczekiwania (Roman miał przynajmniej dar ekspresji). Prof. Legutko zachęcił nauczycieli do profesjonalnej pracy, a uczniów do uczenia się. Ponadto nauczyciele mają inspirować uczniów. I to cała esencja ministerialnego przemówienia.

Jako pedagog z wykształcenia i praktykujący nauczyciel akademicki, zainteresowany sytuacją w polskim szkolnictwie, mocno się zawiodłem. Oczekiwałem naszkicowania zmian, może pomysłu na, choćby odległą, reformę. Zwłaszcza, że prof. Legutko o mały włos nie doprowadził do wojny z Kościołem o ocenę z religii. A tu klops- standard, PRL pełną gębą. Nauczyciele mają uczyć, a uczniowie mają uczyć się. Plus wzmianka o szkole jako miejscu nie tylko przekazywania wiedzy, ale i wychowywania.

Na niekorzyść ministra przemawia nie tylko moje akademickie wykształcenie i zainteresowanie sprawami edukacji. Aktualnie przypominam sobie różnorodne koncepcje konstruowania szkoły i jestem w trakcie lektury książki Czesława Kupisiewicza "Szkoła w XX wieku. Kierunki i próby przebudowy" i ze smutkiem stwierdzam, że polskie szkolnictwo, w marzeniach snutych przez PiS (po ostatnich wydarzeniach rozszyfrowanie skrótu mogłoby mi nie przejść przez gardło) stoi na początku drogi naukowego myślenia o pedagogice (choć niektórzy tej pierwszej koncepcji odmawiają naukowości, ale mniejsza o szczegóły), a dokładniej- tkwi w oparach herbartowskiej trucizny. A według Herbarta, w dużym skrócie, uczeń ma być zdyscyplinowany i posłuszny, a myśleniem zajmować się wtedy, kiedy wydaje lekcję, czyli w momencie odtwarzania wiadomości, jakie bezmyślnie przyswoił z fetyszyzowanego podręcznika lub nauczycielskiego wykładu.

Smutno mi tym bardziej, że przygotowuję właśnie tekst o możliwościach edukacyjnych w dobie kultury 2.0. Świat się zmienia, ale polska szkoła utknęła gdzieś w głębokiej ludowej ojczyźnie, z nauczycielem, który dowodzi klasową drużyną, wyznacza cele, decyduje o czym i z jakich źródeł uczniowie będą się uczyć. A szkolna młodzież ma jak pokorne cielęta chcieć się uczyć i spijać wiedzę ze szkolnego źródełka.

Niepokoi mnie także postawa nauczycieli, którzy, jak podaje TVN24 (oczywiście mocno generalizując, ale mój tekst też nie mówi o szczegółach), są oburzeni faktem, że zmieniono podstawy programowe niektórych przedmiotów i w efekcie tego także podręczniki i nauczyciele zostali zmuszeni do zmiany programów nauczania. To się nazywa nauczycielska elastyczność...

Tkwimy zatem w starym układzie- to dzisiaj słowo klucz- w którym uczniowie orbitują wokół szkoły. I niespecjalnie nawet czekamy na edukacyjnego Kopernika, który mógłby nam pokazać, że edukacja to nie tylko grube mury, uroczyste akademie, sztandary, przemówienia bonzów i kwiatki dla "naszej pani". A szkoła stała się rodzajem taśmy produkcyjnej, która działa pełną parą i dopasowuje uczniów do kolejnych etapów edukacji- testów po podstawówce, testów po gimnazjum i testów maturalnych, których wyniki decydują o przyjęciu na studia. Masowo wytwarzamy produkt w oparciu o stare materiały, nie zważając specjalnie na postęp, od czasu do czasu wrzucając nową technologię, zupełnie nie dopasowaną do reszty trybików, w efekcie wypaczając jeszcze bardziej produkty końcowe lub wprowadzamy kosmetyczne zmiany, mające pokazywać nasze modernistyczne plany. I tak zamiast myślenia i konstruowania wypowiedzi, uczymy rozwiązywania testów, a zamiast wspólnego uczenia się, aktywności edukacyjnej w oparciu o np. (nowe)media, wstawiamy komputery do zamkniętych na klucz pracowni komputerowych. Jak pisałem już kiedyś, czekam na raport z zastosowania tanich laptopów OLPC w krajach rozwijających się. Bo mam pewne obawy, że dzieci z wiosek w dżungli będą lepiej potrafiły wspólnie wytwarzać wiedzę. Ale być może nasze konserwowe (konserwatywnym wolałbym nie nazywać, bo byłaby to obraza dla konserwatystów) podejście ma lepiej przygotować do bezkrytycznej akceptacji neoliberalnych zasad.

Więcej o przemówieniu ministra m.in. w TVN24.pl

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

wtorek, sierpień 14, 2007

Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru

Poniżej publikuję tekst, napisany na bazie referatu wygłoszonego podczas konferencji "Społeczne konteksty rozwoju internetu. Implikacje dla edukacji", która odbyła się drugiego czerwca 2006 w Gdańsku. Pojawi się w książce pokonferencyjnej pod redakcją Damiana Muszyńskiego i moją, ale czekamy na książkę tak długo, że w obawie przed zupełną dezakualizacją treści zdecydowałem się na publikację na blogu. Być może wersja ostateczna będzie nieco inna, zatem proszę potraktować poniższą wersję jako szkic. Obecnie mam sporo uwag i napisałbym tekst inaczej, ale...


Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru.

słowa kluczowe: wolne oprogramowanie, otwarte źródła, wolna kultura, wolna edukacja, kultura hakerska, internetowe narzędzia wymiany i współpracy, kultura edukacyjnego daru, wolny dostęp do wiedzy.

1. Balansowanie między otwartym/wolnym a zamkniętym

“Zamknięte systemy są martwe. Od oprogramowania do łańcuchów zaopatrzenia otwartość jest nowym standardem”1- tak brzmi nagłówek jednego z tekstów w magazynie “Wired”, poświęconego “ekonomii pełnego dostępu”. Czy naprawdę zamknięte do tej pory struktury są już martwe? Rzeczywiście, w ostatnich kilku latach zauważamy ogromny wzrost dostępności treści w globalnej sieci informacyjnej. Mamy możliwość korzystania z wielu zasobów zgromadzonych w internetowej sieci, ale także budowania nowych treści na podstawie starych, współpracę dzięki różnorodnym nowym technologiom. Wzrasta aktywność obywatelska, powstaje coraz więcej treści publikowanych przez zwykłych użytkowników, wykorzystuje się energię amatorów, którzy w przeciwieństwie do specjalistów, chętnie dzielą się wiedzą. I to za darmo. Podejmuję powyższy temat, ponieważ otwartość, która podobno ma się świetnie, jest nieustannie atakowana i zagrożona, a jednocześnie przez wielu traktowana jest jako jedyna możliwa alternatywa, choć jednostronnie zrozumiana sama może być zagrożeniem. Podejmuję go wreszcie, ponieważ uważam, że pedagodzy, a przynajmniej polscy pedagodzy są bardzo słabo zorientowani w obecnej sytuacji i wciąż traktują wiedzę oraz autorstwo, nawiązując do romantycznej wizji samotnego autora, która jest doskonałym odbiciem współczesnego pędu do zawłaszczania i posiadania. Nie próbują jednak wykorzystać nowych technologii, które prawie na siłę, bez głębszej refleksji, niemal mechanicznie wprowadza się do szkoły, wyposażając komputerowe pracownie w sprzęt i podłączając do internetu. Czy warto dzielić się wiedzą i w jaki sposób nowe narzędzia pozwalają nam na to, a także czy zadowala nas otwartość, a może lepiej walczyć także o wolność, na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.


1.1 “Otwartość” vs. “wolność”. Open Source i Free Software jako impulsy napędzające wymianę i współpracę w internecie

Według Manuela Castelsa do rozwoju internetu przyczyniły się kultury techno-merytokratyczna, hakerska i komunitariańska, a także kultura biznesu2. Trzy pierwsze reprezentowały realizowane na różnych polach ideały wolności i dostępności: swobody dostępu do wiedzy, dzielenia się wiedzą i współpracy, działania na rzecz ulepszania technologii wspólną pracą, przywiązanie do wolności słowa, swobody ekspresji, działania w grupie i obywatelskiej aktywności. Czwarta kultura, również nastawiona na wolność, tym razem wolność robienia interesów, niestety, pomimo częstych obecnie aliansów ze środowiskiem Open Source, w dużej mierze wciąż przyczynia się dzisiaj do zamykania dostępu do wiedzy i innych dóbr kultury. A to dlatego, że w przeciwieństwie do trzech wcześniej wymienionych kultur, priorytetem jest dla niej nie człowiek, ale zysk. Oczywiście, jest to duże uogólnienie i uproszczenie. Niemniej to właśnie biznes, a raczej wielki biznes jest obecnie jednym z największych orędowników wydłużania restrykcyjnego prawa autorskiego, ochrony patentowej itp. i to właśnie chęć robienia interesów, a nie ideały wolności spowodowały powstanie Open Source, alternatywy dla Wolnego Oprogramowania, a właściwie wolnego oprogramowania w innym opakowaniu, które miało przekonać do siebie biznes. Bo, jak mówi haker Eric Raymond, Otwarte Źródła powstały, ponieważ “free” z terminu “free software” kojarzyło się jednoznacznie z darmowością, co skutecznie odstraszało firmy od zainwestowania pieniędzy w tego typu projekty3.

Zatem Open Source, inicjatywa, w której nazwę wpisana jest otwartość, paradoskalnie może być płaszczykiem, maską, która pozór wolności wykorzystuje do wspierania biznesu. Wolne licencje są uważane przez Open Source za lepsze od zamkniętych, głównie ze względów praktycznych. Znane w tym środowisku hasła to “im więcej oczu śledzi kod, tym mniej groźne są błędy” oraz “niech zadecyduje kod”. Z drugiej strony ów “płaszczyk”, choć niesie zagrożenie podporządkowania wielu projektów biznesowi, to jednak przyczynia się do dostępności nowych technologii dla zwykłych użytkowników, na zasadzie wymiany: firmy wspierające Open Source dają wsparcie finansowe i technologiczne, w zamian oczekując wsparcia społeczności przy realizacji projektów. Właściwie współpraca z biznesem nie jest złamaniem reguł stworzonych przez Richarda Stallmana- twórcy Fundacji Wolnego Oprogramowania i jej prawnego manifestu, czyli licencji GNU GPL, która daje swobodę również komercyjnego zastosowania, a sam Stallman tłumaczy termin “free” jako “free as in freedom not as in free beer”4. Dopóki oprogramowanie Open Source publikowane jest na licencjach uznawanych przez Fundację Wolnego Oprogramowania za wolne, nie ma technicznej i prawnej różnicy pomiędzy oprogramowaniem wolnym i otwartym. Rzecz rozchodzi się o nazwy i, jak to określa Stallman, aspekty moralne- Open Source skupiając się na praktycznym zastosowaniu gubi po drodze wolność, a nawet może próbować działać przeciwko niej, zgadzając się na wykorzystywanie w szerokim zakresie zastosowań zamkniętych w otwartych projektach.

Dzięki działalności Open Source rozpowszechniane są co prawda ideały otwartości5, a pośrednio także wolności, z racji samego pochodzenia Otwartych Źródeł i jednoczesnej silnej aktywności Fundacji Wolnego Oprogramowania6 i jej zwolenników, przypominających, że istotna jest wolność, a nie tylko praktyczność kodu. Istotna jest również działalność Ruchu Wolnej Kultury, który w nazwie ma “wolność” a nie “otwartość”, chociaż działalnością głównych propagatorów ruchu, m.in. Creative Commons przypomina coraz częściej działania Open Source, skłaniając się ku praktycznemu zastosowaniu licencji CC, nawiązując współpracę nawet z takimi tępicielami wolnego przepływu wiedzy jak np. Microsoft. Jak wspomniałem, chodzi głównie o nazwy, ale nazwy są bardzo istotne, ponieważ ideologie, jakie się za nimi kryją, pozwalają lub nie na zdominowanie aktywności przez pragmatyczny, biznesowy i rzekłbym mechaniczny dyskurs (a takim posługuje się środowisko Open Source). Temat ten jest jednak zbyt szeroki, by rozwijać go w niniejszym tekście. Pobieżne wyjaśnienie go uważam jednak za sprawę kluczową, ze względu na częste stosowanie błędnych podziałów na linii- płatne- darmowe lub zamknięte-otwarte, z pominięciem aspektów wolnościowych. Sięgnięcie do programistycznych niuansów jest ważne, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć, co dzieje się w dzisiejszej (medialnej) edukacji- dlaczego nie wystarczy praktyczne działanie, czyli kształcenie technicznych umiejętności, ale niezbędna jest ideologiczna7 i moralna podbudowa działań. Jeśli jej nie będzie, wychowanie ograniczy się do kształcenia umiejętności i na dobrą sprawę, rezygnując z przekazywania określonych wartości, przestanie być wychowaniem. Co oczywiście może oznaczać zastąpienie edukacyjnego, moralnego dyskursu, ukrytym dyskursem wychowawczym automatów, algorytmów i pochwałę praktycznego działania celem uzyskania doraźnego zysku.


2. Koniec statycznej sieci (?)

Współczesny internet jest płynny, nieustannie zmienny, nie tylko dzięki sieciowej architekturze, ale również dzięki płynności kodu, możliwości modyfikacji treści i nieustannie zmieniającym się sieciom społecznym. Ruch Wolnego Oprogramowania, Otwarte Źródła i Ruch Wolnej Kultury w dużej mierze przyczyniły się do dostępności technologii i wiedzy dla użytkowników internetu i do nowego, bardziej swobodnego i płynnego podejścia do treści, modyfikacji ich i ponownego wykorzystania. Niestety, płynność ta jest zagrożona mroźnym oddechem korporacyjnej żądzy zysków.

Dzisiejsza sieć, dzięki powstaniu nowych narzędzi, staje się coraz bardziej dynamiczna. Coraz więcej osób ma dostęp do internetu i nie wykorzystuje go jedynie w bierny sposób, ale zaczyna transmitować, produkować nowe idee i informacyjne produkty. Pojawia się coraz więcej platform, które umożliwiają swobodną wymianę w zakresie wytwarzanych dóbr- tekstów, filmów, zdjęć, dźwięków, a także oprogramowania. Sieć staje się miejscem nieustannej dyskusji, ścierania poglądów i wytwarzania nowych wartości. Nowe możliwości, nowa sieć oparta na nowych narzędziach jest często określana jako Web 2.0. Użytkownicy są traktowani jako współtwórcy różnego rodzaju serwisów, tworzonych z myślą o nich w myśl zasady przyświecającej Open Source “publikuj wcześnie i publikuj często”. Serwisy te funkcjonują niejednokrotnie w tzw. wersji Beta, czyli są ciągle nieukończone, nieustannie kształtowane i ulepszane właśnie dzięki pracy, a właściwie wykorzystywaniu ich przez zwykłych internautów.

Koniec statycznej sieci zaowocował również końcem zupełnie darmowej sieci. Komercjalizacja idei związanych z komputerami i siecią komputerową zaczęła się o wiele wcześniej, już od zamykania kodu oprogramowania i zaczęła opanowywać internet- płatne i własnościowe treści pojawiały się na ogromną skalę. Tak jak niegdyś blokowanie dostępu do kodu, tak dzisiaj komercjalizacja treści oraz coraz bardziej restrykcyjne i skuteczne egzekwowanie prawa autorskiego, zaowocowało sprzeciwem. Bunt ten opiera się na działalności Ruchu Wolnego Oprogramowania, szeroko rozumianym Ruchu Wolnej Kultury, którego najciekawsze przykłady to Creative Commons, Open Access, Open Course Ware, działalność Fundacji Wikimedia8 i infoanarchistów walczących z tzw. “prawem własności intelektualnej”9. Bunt ten nie musi być jednak oparty na przekonaniach jednostki, nie musi być nawet uświadomiony. Sama architektura, według Mitcha Kapora, jest polityką10. Zatem sieciowa infrastruktura i sieciowe, hipertekstowe połączenia automatycznie stoją w opozycji do zamknięcia, sztywnej hierarchii i ograniczania przepływu informacji.


3. Kultura edukacyjnego daru

Kultura edukacyjnego daru, to kultura, która kształtuje się na bazie sieciowej, otwartej architektury internetu, dzięki możliwościom zarówno odbioru jak i nadawania, przy użyciu narzędzi umożliwiających wymianę i współpracę, a także przy wsparciu ideologicznym różnorodnych instytucji i grup ludzi.

Według Ebena Moglena, jednego z głównych działaczy ruchu wolnego oprogramowania i współtwórcy m.in. licencji GNU GPL, pogłębia się, a jednocześnie uświadamiamy ją sobie coraz bardziej, przepaść pomiędzy rzeczywistymi możliwościami oferowanymi przez nowe media, a coraz mniejszymi możliwościami, które zmuszeni jesteśmy zaakceptować. Moglen nie traci jednak ducha i pisze, że pojawia się jednocześnie “nowy system dystrybucji, bazujący na kojarzeniu równych, bez hierarchicznej kontroli, który zastępuje zniewalający system dystrybucji muzyki, wideo i innych dóbr”11. Według niego od uniwersytetów, bibliotek i podobnych instytucji powinniśmy wymagać kompletnego, darmowego dostępu do wiedzy dla wszystkich ludzi. Moglen pisze dalej “powierzamy się rewolucji, która uwalnia ludzki umysł. Obalając system piractwa, własności idei, powołujemy do życia prawdziwe społeczeństwo, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”12. Czy aby na pewno wszystkich? Według Wade'a Rousha, ludność krajów zachodnich zaczyna spędzać całe dnie w niewidzialnym polu informacyjnym, które jest wytworzone przez nasze cyfrowe urządzenia, jak laptopy, telefony komórkowe i odtwarzacze muzyczne, bezprzewodowe sieci połączeń komunikacyjnych, służących nam w podróży i dzięki internetowi i rosnącej liczbie sieciowych narzędzi służących wyszukiwaniu informacji, komunikacji międzyludzkiej i współpracy z innymi ludźmi. “Uzbrojony w nic więcej niż telefon komórkowy, nowoczesny mieszczuch może uzyskać odpowiedź na prawie każde pytanie, zlokalizować znajomych, przyjaciół i usługi; dołączyć do wirtualnych społeczności, które tworzą się i rozchodzą w mgnieniu oka wokół współdzielonej pracy i wspólnych zainteresowań; może również publikować bloga, zdjęcia, nagrania dźwiękowe i wideo nieograniczonej publiczności”13. Jednak nie wszystkich na świecie stać na korzystanie z nowych technologii. Dlatego pojawiają się inicjatywy, które mają na celu umożliwienia korzystania z nowoczesnych narzędzi. Przykładem może być laptop za 100$ przygotowywany pod kierunkiem Nicholasa Negroponte.


4. Podsumowanie

Czy w świecie równych głosów, wolności wypowiedzi i swobody współpracy, współtworzenia, szkoła powinna nadal opierać się na hierarchicznej organizacji, przekazywaniu wycinkowej wiedzy i ocenianiu zaangażowania i zasobności informacyjnej jednostek? Czy może mamy dawać jedynie podstawy wspólnej wiedzy, tworzyć bazę, punkt wyjścia do poszukiwań? A może mamy uczyć jak poszukiwać, wykorzystywać narzędzia i współpracować? A może szkoła nie jest już potrzebna, albo potraktować ją powinniśmy jako niezbędny przymus, taśmę produkującą bezwartościowe papierki bez pokrycia? W każdym razie nie powinniśmy się dziwić, jeśli dla młodych ludzi szkoła coraz rzadziej będzie synonimem edukacji, zwłaszcza dla tych, którzy korzystają już dziś z wolnych źródeł informacji i przyzwyczajeni są, jak w przypadku Wikipedii do nieustannych zmian, modyfikacji, do tego, że nic nie jest powiedziane raz na zawsze. A to właśnie świadomość nieustannej zmienności, możliwość, a raczej konieczność ciągłego ulepszania opublikowanych już treści, zgromadzonej wiedzy, najlepiej oddaje ducha “uczenia się bez końca” czy inaczej “uczenia się przez całe życie”.

Jeśli nie dokonamy wyboru i nie rozpoczniemy zmian, może się okazać, że szkoła jest tylko przymusem, obowiązkową kuźnią papierów bez pokrycia, a może przymusowym skansenem. A główną lekcją, jaką młodzi ludzie mogą ze szkoły wynieść jest wiedza o tym, jak nie warto działać i funkcjonować. Nasze społeczeństwo, chcemy tego czy nie, pod wpływem korzystania przez nas z sieci internetowej i coraz szerszego dostępu do mediów zaczyna się zmieniać. Jak będzie wyglądać, zależy głównie od nas. Jeśli jednak zaprzestaniemy krytycznej refleksji i działania na rzecz zmian, możemy ponownie obudzić się w świecie dwóch kontrolowanych kanałów telewizyjnych lub tysięcy pstrokatych programów, nasączonych łagodną i ciepłą papką bezwartościowych treści. Bo swoboda nadawania wartościowych informacji, możliwość współpracy i wolność tworzenia może zostać zablokowana przez zniesienie neutralności sieci, rozszerzanie i jeszcze bardziej skuteczne egzekwowanie prawa autorskiego i knebel w usta niepokornym obywatelom, polegający na współpracy gigantów medialnych i rządu, czego przykładem są choćby dzisiejsze Chiny.


Przypisy:


1Kelleher, K., (2006). All-access economy. Wired nr7

2 Castells, M. (2004). Galaktyka internetu. Rebis.

3 Zobacz np. film “Revolution OS”.

4 Wypowiedziane m.in. w filmie “Revolution OS” i wielu tekstach Stallmana.

5 Mówienie o otwartości nawiązującej jedynie do Otwartych Źródeł niesie niebezpieczeństwo mechanicznego jej traktowania i odwoływanie się do tak rozumianej otwartości to nic więcej niż praktycyzm, który może prowadzić do konformizmu.

6 Wiele dystrybucji GNU/ Linuksa korzysta zarówno z wolnego jak i otwartego oprogramowania- przykładem jest Ubuntu- a niejednokrotnie oprogramowanie Open Source i Free Software jest publikowane na identycznej licencji i określanie jednym lub drugim mianem zależy wyłącznie od optyki ideologicznej danej osoby. Mówi się również o FLOSS: Free/ Libre, Open Source Software- jest to zbiorcze określenie na oba typy oprogramowania.

7 Mówienie w Polsce o potrzebie ideologicznego kształtowania może zapewne budzić wstręt, jest jednak moim zdaniem niezbędnym warunkiem spójności każdej strategii edukacyjnej.

8 Wikimedia łączy wolną kulturę “pozaprogramistyczną” z ruchem wolnego oprogramowania poprzez zastosowanie licencji GNU FDL na publikowane treści, licencji GNU GPL na mechanizm Wikipedii i projektów pokrewnych oraz wykorzystywanie tylko wolnego oprogramowania.

9 Termin ten jest bardzo szeroki i nieprecyzyjny. Odnosi się do prawa autorskiego, patentowego i prawa znaków handlowych, które kształtowały się oddzielnie. Richard Stallman uważa to określenie za mylące i mające na celu propagandę własności informacji.

10 O'Reilly, T. What is web 2.0. Odebrane: 30.09.2005. z: www.oreillynet.com

11 Moglen, E. (2003). The dotCommunist Manifesto. Odebrane: 30.09.2005. z: www.emoglen.law.columbia.edu

12 tamże

13 Roush, W. (2005). Social Machines. Technology Review: sierpień.



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

poniedziałek, czerwiec 25, 2007

jestem aktywistą- (Czerski) skuj mi mordę

Po przeczytaniu ostatniego wpisu w HIPERbLOGu, Piotrowi Czerskiemu opadły ręce (mam nadzieję, że się przy tym w żaden sposób nie uszkodził i że tylko o ręce chodzi). Otóż Piotr nie mógł wytrzymać, że za pisanie "głębokich" refleksji na prywatnym blogu, m.in. na temat solidarności ze strajkującymi pielęgniarkami, jestem opłacany z publicznych pieniędzy. Mówiąc jaśniej- dlaczego pieniądze Piotra przyczyniają się do powstawania bzdur i powiększania internetowego śmietnika?

Ano dlatego, że... uwaga... po pierwsze mój blog jest blogiem prywatnym. Sama informacja o miejscu pracy, którą można znaleźć na blogu, nie oznacza, że piszę pod skrzydłami instytucji. A nawet gdyby tak było, to uczelnia zapewnia mi wolność badań i rozwoju i gdybym chciał zajmować się protestami pielęgniarek i lekarzy i jednocześnie zajmować osobiste stanowisko na ten temat, nawet radykalne politycznie, to mi to wolno. Oczywiście ostatni wpis nie był naukowym tekstem i to chyba jest dla Ciebie Piotrze jasne, ale gdybyś tego jednak nie dostrzegał, to przypomnę Ci jako studentowi (czy już absolwentowi?) filozofii, że badania społeczne nie są tym samym co przyrodnicze.

Po drugie- pieniądze Piotra jednak nie przyczyniają się do pisania bzdur. Nie tylko dlatego, że moja umowa o pracę nie zawiera informacji o prowadzeniu prywatnej strony internetowej, ale również dlatego, że nikt mnie z uczelni o to nie prosił i nie przedstawiam tam wyników badań naukowych przeprowadzonych w Uniwersytecie Gdańskim czy też za uniwersyteckie pieniądze. Co więcej, życie zmusiło mnie do pracowania od czasu do czasu również poza uniwersytetem, zatem trudno byłoby Ci Piotrze wykazać, ile HIPERbLOGa powstaje za Twoje pieniądze. Gdybyśmy jednak chcieli w przybliżeniu to zrobić i dla uproszczenia uznalibyśmy jednak, że blog powstaje za publiczne pieniądze, to za Twoje podatki, co prawda wysokie, powstawałby chyba tylko drobniutki ułamek moich tekstów? A może się mylę? Z tego jednak, że Piotr chciałby mieć zupełną kontrolę nad moimi wypowiedziami, czy to na blogu czy w czasopiśmie naukowym, powstającymi za publiczne pieniądze, wynika pewne niebezpieczeństwo. Gdyby wszyscy myśleli podobnie jak Piotr, musielibyśmy często robić referendum i decydować, czy tekst pana X na temat czegoś tam jest wart Waszych pieniędzy z podatków. Oczywiście to absurd i jest to niewykonalne, ale Piotr świadomie lub nie proponuje trzymanie wolnej naukowej ekspresji (ale i jakiejkolwiek innej twórczości osób opłacanych z publicznych pieniędzy) za mordę. Rozumiem, że Piotrowi chodzi o to, by publicznie opłacana nauka nie istniała- bo tylko tak można rozwiązać problem opłacania badań naukowych z podatków. A jeśli zabraknie publicznie opłacanej nauki, zajmiemy się tylko tym, co potrzebne i moich bzdetów z HIPERbLOGa nikt nie chciałby sponsorować. Tylko że nauka w zupełności podporządkowana potrzebom rynku, to nauka niewolna, która realizuje tylko zamówienia prywatnych sponsorów lub zmuszona jest sprzedawać wyniki badań i patenty temu, kto da więcej. Wówczas społeczeństwo ma korzyść z nauki tylko wtedy, kiedy zapłaci określonym firmom, żadąjącym zwrotu nakładów poniesionych na badania. I osoby, które nie zarabiają tak jak Piotr, mogą zapomnieć o przejeździe autostradą, opiece medycznej na wysokim poziomie i wyższych studiach, bo nie będą mieli na to pieniędzy.

Co do opłacania składki na świadczenia zdrowotne- byłoby wspaniale, gdybym mógł wydawać to, co teraz płacę państwu, na prywatne ubezpieczenie. Jest jednak jedno "ale". Nie mamy pewności, czy przy przejściu opieki zdrowotnej w tryb zupełnie komercyjny, zakłady opieki zdrowotnej i firmy ubezpieczeniowe nie podniosą cen. Jeśli opieka zdrowotna będzie towarem, to musi być traktowana jak towar. Dobra luksusowe kosztują i jeśli jest na nie popyt, cenę można podbijać. Przykładem są dzisiaj mieszkania, kupowane za kredyt na czterdzieści lat lub przez spekulantów. Ale niekoniecznie przez tych, którzy potrzebują własnego lokum. Jest jeszcze inny problem, którego Piotr nie zauważa. Ja jestem zdania, że jeśli żyjemy razem w społeczeństwie i społeczeństwo ma mieć swoje pierwotne znaczenie, to musimy pomyśleć nie tylko o sobie. W przeciwnym razie, gdy wszystko podporządkujemy wolnemu rynkowi, ludzie bezrobotni, schorowani, bezdomni, stają się niepotrzebni. Proponuję zerknąć do choćby "życia na przemiał" Baumana, to nie są tylko moje bzdurne gadki. Przechodząc od publicznej służby zdrowia na prywatną opiekę medyczną i wpłacając składki już nie do kasy państwa tylko konkretnej firmy, pozbawiamy tych, których na opłacanie składek nie stać, dostępu do leczenia. Nawet gdyby państwo zapewniało jakieś inne rozwiązanie dla tych ludzi, nie będzie to poziom opieki, na jaki stać będzie opłacających składki.

Co do nierozumienia przeze mnie ekonomii, powiem tylko tyle, że to, co Ty rozumiesz jako ekonomię, to ekonomia neoliberalna (to słowo drażni, prawda?). A ekonomia jest nauką społeczną i tak jak nie ma jednej opcji politycznej, tak jak nie ma jednej wizji wychowania, tak nie ma jednej ekonomii. O tym się oczywiście nie mówi zbyt często, bo media głównego nurtu nie służą rozważaniom o alternatywnej globalizacji, alternatywnych ekonomiach itp., bo nie to jest w interesie biznesu, bez którego podobno nie mógłbym żyć. I tu Cię zaskoczę- mnie zupełnie nie przeszkadza biznes, na pewnym polu nawet mocno go wspieram, ale nie jestem zwolennikiem zupełnie wolnego rynku, który w dzisiejszym wydaniu jest tak naprawdę niewolny, bo np. USA nie stosuje się do wolnorynkowych zasad, które wymusza na biednych krajach w zamian za kredyty.

I na koniec Piotrze- wybacz, czasami pisałem do Ciebie wprost, czasem w trzeciej osobie, ale ze mnie, w przeciwieństwie do Ciebie dupa nie literat- nie mam nic przeciwko Twoim poglądom. Możesz mówić co chcesz, kiedy chcesz, nie zgadzać się ze mną. Nie ma dla mnie znaczenia, kto za to płaci. Czy ja z moich minimalnych podatków (tak, płacę dosłownie grosze, korzystając z przywilejów pracownika naukowego) czy Twój pracodawca czy nieokreślony sponsor. W przeciwieństwie do Ciebie nic mi nie opadło, kiedy czytałem Twoje wpisy, nikogo nie nazwę chujem z wąsem, nawet gdyby był cynicznym kłamcą i nikomu nie mam zamiaru dać po mordzie. Polityka to wojna, ale nawet prowadzona z radykalnie różnych frontów powinna mieć jednak na celu współistnienie jednostki ze społeczeństwem. Ty proponujesz libertariańską, przyciągającą, rewolucyjną wizję anarchistycznego odrzucenia państwa, z jednoczesnym odrzuceniem lewackich pokrzykiwań. I brzmi to rzeczywiście kusząco. Tylko co nam zostaje, kiedy państwo sprowadzamy do roli stróża nocnego? Zostaje pilnująca porządku skorupa, demokracja i zdanie ludzi, o które tak walczysz w przypadku podatków, staje się niczym, bo rządzi tylko pieniądz, a regulacje państwowe, często bezmyślne i błędne, zostają zastąpione bezduszną regulacją komercyjnych transakcji. Ja takiego świata nie chcę.
Tag:
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

niedziela, kwiecień 01, 2007

z okazji rocznicy śmierci papieża, dla niedowiarków

Dawkinsa chyba przedstawiać nie trzeba. Czy jednak ma rację, pytając o religie, jako źródło wszelkiego zła? Przy dzisiejszym braku rozróżnienia kościół- państwo, na pewno warto obejrzeć. I czy aby nie jechaliśmy do Afganistanu i Iraku na krucjatę?

MORE AT ATHEISTNATION.NET


MORE AT ATHEISTNATION.NET


Tag:
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

niedziela, marzec 25, 2007

(ludowe) tańce z gwiazdami

Zerkam na "Taniec z Gwiazdami". Kasia Tusk, biedne, prawie, że samotne dziecko, które (według szklanej kuli) tylko dzięki pomocy partnera- tancerza, z którym na oczach widzów brudzi się bitą śmietaną, może odnaleźć się w wielkim świecie. Kolejne dziecko Wielkich, występujące pod pseudonimem "studentka psychologii", jak niegdyś "nosząca imię po ojcu" (a może "Ojcu"? Gdyby można było startować na trzecią kadencję...) Kwaśniewska i o mniej szczytnie brzmiącej profesji Wałęsówna (bo bycie studentką psychologii to jest coś, chociaż pamiętam jak mama Kasi donosiła papiery, kiedy ta z ostatniego miejsca dostała się na pedagogikę, widać bycie "studentką pedagogiki" nie brzmi zbyt dobrze na salonach). Postaram się ograniczyć dygresje, ale tkwię w transie hipertekstowego rozkawałkowania.

"Taniec z Gwiazdami" jest teleturniejem cudownym. Mamy tu wspaniałe gwiazdy, które nareszcie nabierają ludzkiej twarzy, pospolitych, kanciatych ruchów, mogą się przewrócić, są strasznie spocone (może nie powinienem, ale pewnie strasznie śmierdzą) i podczas udzielania wywiadu zaraz po odbytych piruetach, dyszą przeraźliwie. Gwiazdy to nie wszystko. Są też Oni. Oni siedzą na krzesełkach i co rusz używają sobie na gwiazdach, wytykając im ludzkie, te zwyczajne ludzkie błędy! Olbrychski, syn Daniela nie wdał się w ojca (Ojca?- przepraszam) i tak pięknie kanciato, prawie jak ja, kręci się w pseudo paso doble, a Oni jęczą, że niby źle, że nie było "czegośtamcotrudnowymówićizrozumieć", że "stópka za bardzo przy ziemi", a "ramionka zbyt garbate" i tak dalej i tak dalej ("to jest niezła zabawa..."). Oni nie są jednak do końca jednorodni. Dzielą się na wrednych i mniej wrednych. Wredni rzadziej ujawniają swoje typy. Używają szatańskiego języka i trudnych do wymówienia zaklęć, żeby ukarać tancerzy za błędne wypełnienie rytualnych gestów. Mniej wredni udają ludzkich, swoich, dobrych, wyrozumiałych, ale swojej miłości nie dzielą sprawiedliwie na wszystkich tancerzy, od czasu do czasu mówią piękne słówka, karzą jednak przyznawaniem magicznych liczb gorszej jakości mniej lubianym. Są nieco nieobliczalni, ale starają się udawać przed ludem walkę z wrednymi, pozornie stając po stronie zwykłych śmiertelników. To jednak nie jest całość spektaklu.

Główni bohaterowie o dualnej naturze- na co dzień boskiej, gwiezdnej, dziś wciąż gwiezdnej z racji codziennej boskości, stają się jednak jednocześnie ludźmi (bogowie- ludzie? H e r e z j a ?)- poddają się nie tylko osądowi Onych. Gdyby tylko Oni wyrażali swoje zdanie i odgrywali spektakl zwalczających się nadludzi osądzających bosko-ludzkich tancerzy, byłoby dość sprawiedliwie i sensownie. Rola Onych w pewnym momencie się jednak kończy i do głosu dochodzi... motłoch. Cała władza, a właściwie jej część, bo zdobyte liczby magiczne pozostają, przechodzi dosłownie w ręce motłochu, który chwyta za telefony i dokonawszy w swoich prostych rozumach oceny, przesyła swój głos "za" dowolnej parze. Siła motłochu nie tylko w ocenie, ale także w możliwości dokonania nieograniczonej liczby ocen, przez co najsłabsza gwiazda może zabłysnąć na koniec programu niczym nova, a najwspanialej oceniona przez Onych zapaść się pod ciężarem własnego żalu w dziurawą czerń.

Być może częściowa bezpośrednia demokracja "Tańca z gwiazdami" jest rozwiązaniem dla rządzącej partii, która delikatnie modyfikując styl rządzenia, mogłaby zyskać uwielbienie tłumu. Jarosław "Mądry" (kiedyś już go tak nazwałem, dodając jednak, że ukraiński protoplasta pewnie przewraca się w grobie) próbował już tak robić- a to referendum w sprawie Rospudy a to inne rzeczy "których tak wiele, że aż trudno wymienić"- pozwólcie że skorzystam ze słów samego "pana prezesa". Dać tłumowi ograniczony wybór, każdy dobry, dokonać wstępnej selekcji i resztę zostawić ludowi, który wybierze z określonego zakresu i niczym nas nie zaskoczy, będzie jednak pewny, że partycypował w procesie władzy.

Być może kultura wysoka ostatecznie umarła i zmiksowała się z niską. Tylko czemu mam wrażenie, że ze zmieszania tego co ludowe z tym co salonowe wychodzi szara breja? Zabawne- każde z osobna piękne, a razem...

Być może nadchodzi epoka skrajnej demokracji, w której większość przegłosowuje bezpardonowo mniejszość. Grupy uciskane? Jak to, przecież mogły się wyrazić w audiotele (wysłać dziesięć, a nie jeden sms) lub internetowej sondzie. Tylko czemu mam wrażenie, że polityka staje się kwestią pseudogustu, wyborem z uprzednio przygotowanej półki w hipermarkecie?

Być może "głupców nie sieją, oni sami wschodzą" jak powtarzał znane przysłowie Stanisław Lem, innym razem pisząc, że demokracja bezpośrednia oparta na nowych technologiach jest jednym z największych zagrożeń dla ludzkości...

Tag:
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

czwartek, marzec 01, 2007

O telewizji

Od wczoraj jestem szczęśliwym posiadaczem telewizora. Może to się Wam wydać dziwne, ale telewizora do tej pory nie posiadałem i korzystałem z karty telewizyjnej w komputerze. Ale, jak to się mówi, apetyt rośnie w miarę jedzenia, nawet wśród tych, którzy krytykują nadmierną konsumpcję. Oczywiście z lepszą jakością obrazu, większą przekątną ekranu, a także w związku z nowością urządzenia (wczoraj było nowe, od dzisiaj co chwila zbliża się do śmietnika) wzrosło zainteresowanie programami. Oglądałem krótko i dość losowo. I z przykrością stwierdzam, że współczesna telewizja mnie przeraża.

Natrafiłem na debatę "Polacy" w Telewizji Polonia. Włączyłem w momencie, gdy pokazywano sceny ze "Szpitala przemienienia", przedstawiające eksterminację upośledzonych umysłowo (nie wiem, czy jeszcze pedagodzy specjalni używają określenia "upośledzony", w razie czego nikogo nie chciałem obrazić). Po chwili wracamy do studia, gdzie prowadzący nagle informuje, co obejrzeliśmy i że właśnie niedawno w Szwajcarii uchwalono ustawę umożliwiającą eutanazję upośledzonych umysłowo. Przeraziła mnie manipulacja, jakiej dokonano. Podobno przed projekcją fragmentu filmu spokojnie i ważąc argumenty rozmawiały ze sobą dwie strony: zwolennicy i przeciwnicy eutanazji. I zwolennicy poczuli się oszukani i zmanipulowani, ponieważ autorzy programu porównali eutanazję do eksterminacji, korzystając przy tym z drastycznych obrazów, do tego pozbawionych komentarza, co automatycznie sprawiało, że jakiekolwiek argumenty zwolenników będą tłumaczeniem zbrodni. Co więcej, gra na emocjach przeciwników eutanazji sprawiła, że dali się wpędzić w pułapkę- i część z nich broniła eutanazji upośledzonych umysłowo, chociaż po chwili refleksji można się zastanawiać czy to jeszcze eutanazja i jedna trzeźwa rozmówczyni zwróciła na to uwagę, twierdząc, że eutanazję popiera, ale eutanazja upośledzonych umysłowo nie jest świadomym wyborem chorych, nie jest zatem eutanazją. Manipulacja polegała również na tym, że po informacji o nowej ustawie dotyczącej eutanazji w Szwajcarii, zupełnie nie wyjaśniono na czym ma polegać eutanazja upośledzonych umysłowo, w jakich warunkach ma być przeprowadzana. Nie przekazano żadnej informacji na ten temat, co było dowodem stronniczości autorów programu, w dodatku prowadzący zdenerwował się oburzeniem i krzykiem o manipulacji i sam nerwowo wyrzucił z siebie, że według niego eutanazja to zbrodnia. Niestety, przyznać rację muszę jednej z rozmówczyń, która powiedziała, że w telewizji publicznej, która ma służyć wszystkim obywatelom, spodziewała się merytorycznej dyskusji i bezstronności prowadzącego.

Innym ciekawym kanałem, na jaki zwróciłem uwagę jest Ezo TV. Wy dzwonicie, a wróżka mówi Wam nie tylko, co się w życiu zdarzy, ale jak macie się zachować. Jeden z przykładów:

wróżka pyta: czy pani mama jest chora?
odpowiedź: tak, jest bardzo chora.
wróżka: no właśnie. Widzę, że pani mama przenosi się do bozi, chce już odpocząć, nic nie pomoże, proszę zamknąć wszystkie administracyjne sprawy.
odpowiedź: ojej, a miałam nadzieję, że się poprawi. Trudno. Tak myśleliśmy, że mama niedługo umrze.

Inny fragment z tej samej rozmowy, a raczej monolog wróżki:
Proszę uważać na przeziębienia męża. Jeśli zachoruje ma sam powalczyć z chorobą, a Pani niech podaje mu tylko wodę z cytryną, to wystarczy, nie trzeba żadnych leków.

Rozumiem, że ludzie chcą posłuchać wróżki, która mówi o ich ewentualnej przyszłości. Ale "rady" dawane przez wróżkę mogą mieć wpływ na życie i zdrowie telefonujących osób. Bo co będzie, jeśli chora matka dzwoniącej osoby nie jest umierająca i w przypadku pogorszenia stanu zdrowia wystarczyłoby zawieźć ją do szpitala, ale rodzina, pomna rad wróżki stwierdzi, że to już koniec i pozwoli umrzeć matce? Co będzie, jeśli mąż kobiety zachoruje ciężko na grypę, a ta nie zdecyduje się pójść do lekarza, czy też wezwać pogotowie, bo przecież cytrynka wystarczy. Przeraża mnie fakt, że w świecie o rozwiniętej nauce zezwala się na pokazywanie ludziom wróżkarskich bredni, które mogą zaszkodzić ludziom. Po Ezo TV dałem sobie spokój z wyszukiwaniem smaczków i wróciłem do znanych, edukacyjnych kanałów Discovery itp.

Miłego oglądania!

Tag:
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

musztarda po obiedzie, czyli jeszcze słowo o postępie

W ramach uzupełnienia jeszcze jeden tekst "Dezertera". Szczerze mówiąc mógłbym ich przytoczyć bardzo dużo, ale to nie ma sensu. Poniższy tekst dobitnie traktuje o technologicznym postępie, jest świetnym uzupełnieniem poprzedniego wpisu. Może warto czasami zastanowić się, dokąd zmierzamy, również dokąd zmierzają tzw. nowe media i czy określenie "nowe" nie wpisuje się w szalony dyskurs postępu, prowadzącego na dobrą sprawę do wizji przedstawionej przez "Dezertera" w 1994 roku...

"Postęp" (pogrubienia moje)

"Zmieniliście
stos na krzesło elektryczne
Nie ma już gilotyny, jest za to stryczek

Nowoczesna
ludzkość zmęczona i chora
Człowiek przykuty do telewizora

Rozwój - techniki
wojskowej
Postęp - śmierci masowej
Wzrost ilości - ofiar społeczeństwa
Mechanizacja człowieczeństwa

Zmieniliście strzały na karabin maszynowy
Taka sama przemoc, tylko inne sposoby
Z dżungli naturalnej do dżungli betonowej
Nowoczesny człowiek z komputerem w głowie

Post