Zerkam na "Taniec z Gwiazdami". Kasia Tusk, biedne, prawie, że samotne dziecko, które (według szklanej kuli) tylko dzięki pomocy partnera- tancerza, z którym na oczach widzów brudzi się bitą śmietaną, może odnaleźć się w wielkim świecie. Kolejne dziecko Wielkich, występujące pod pseudonimem "studentka psychologii", jak niegdyś "nosząca imię po ojcu" (a może "Ojcu"? Gdyby można było startować na trzecią kadencję...) Kwaśniewska i o mniej szczytnie brzmiącej profesji Wałęsówna (bo bycie studentką psychologii to jest coś, chociaż pamiętam jak mama Kasi donosiła papiery, kiedy ta z ostatniego miejsca dostała się na pedagogikę, widać bycie "studentką pedagogiki" nie brzmi zbyt dobrze na salonach). Postaram się ograniczyć dygresje, ale tkwię w transie hipertekstowego rozkawałkowania.
"Taniec z Gwiazdami" jest teleturniejem cudownym. Mamy tu wspaniałe gwiazdy, które nareszcie nabierają ludzkiej twarzy, pospolitych, kanciatych ruchów, mogą się przewrócić, są strasznie spocone (może nie powinienem, ale pewnie strasznie śmierdzą) i podczas udzielania wywiadu zaraz po odbytych piruetach, dyszą przeraźliwie. Gwiazdy to nie wszystko. Są też Oni. Oni siedzą na krzesełkach i co rusz używają sobie na gwiazdach, wytykając im ludzkie, te zwyczajne ludzkie błędy! Olbrychski, syn Daniela nie wdał się w ojca (Ojca?- przepraszam) i tak pięknie kanciato, prawie jak ja, kręci się w pseudo paso doble, a Oni jęczą, że niby źle, że nie było "czegośtamcotrudnowymówićizrozumieć", że "stópka za bardzo przy ziemi", a "ramionka zbyt garbate" i tak dalej i tak dalej ("to jest niezła zabawa..."). Oni nie są jednak do końca jednorodni. Dzielą się na wrednych i mniej wrednych. Wredni rzadziej ujawniają swoje typy. Używają szatańskiego języka i trudnych do wymówienia zaklęć, żeby ukarać tancerzy za błędne wypełnienie rytualnych gestów. Mniej wredni udają ludzkich, swoich, dobrych, wyrozumiałych, ale swojej miłości nie dzielą sprawiedliwie na wszystkich tancerzy, od czasu do czasu mówią piękne słówka, karzą jednak przyznawaniem magicznych liczb gorszej jakości mniej lubianym. Są nieco nieobliczalni, ale starają się udawać przed ludem walkę z wrednymi, pozornie stając po stronie zwykłych śmiertelników. To jednak nie jest całość spektaklu.
Główni bohaterowie o dualnej naturze- na co dzień boskiej, gwiezdnej, dziś wciąż gwiezdnej z racji codziennej boskości, stają się jednak jednocześnie ludźmi (bogowie- ludzie? H e r e z j a ?)- poddają się nie tylko osądowi Onych. Gdyby tylko Oni wyrażali swoje zdanie i odgrywali spektakl zwalczających się nadludzi osądzających bosko-ludzkich tancerzy, byłoby dość sprawiedliwie i sensownie. Rola Onych w pewnym momencie się jednak kończy i do głosu dochodzi... motłoch. Cała władza, a właściwie jej część, bo zdobyte liczby magiczne pozostają, przechodzi dosłownie w ręce motłochu, który chwyta za telefony i dokonawszy w swoich prostych rozumach oceny, przesyła swój głos "za" dowolnej parze. Siła motłochu nie tylko w ocenie, ale także w możliwości dokonania nieograniczonej liczby ocen, przez co najsłabsza gwiazda może zabłysnąć na koniec programu niczym nova, a najwspanialej oceniona przez Onych zapaść się pod ciężarem własnego żalu w dziurawą czerń.
Być może częściowa bezpośrednia demokracja "Tańca z gwiazdami" jest rozwiązaniem dla rządzącej partii, która delikatnie modyfikując styl rządzenia, mogłaby zyskać uwielbienie tłumu. Jarosław "Mądry" (kiedyś już go tak nazwałem, dodając jednak, że ukraiński protoplasta pewnie przewraca się w grobie) próbował już tak robić- a to referendum w sprawie Rospudy a to inne rzeczy "których tak wiele, że aż trudno wymienić"- pozwólcie że skorzystam ze słów samego "pana prezesa". Dać tłumowi ograniczony wybór, każdy dobry, dokonać wstępnej selekcji i resztę zostawić ludowi, który wybierze z określonego zakresu i niczym nas nie zaskoczy, będzie jednak pewny, że partycypował w procesie władzy.
Być może kultura wysoka ostatecznie umarła i zmiksowała się z niską. Tylko czemu mam wrażenie, że ze zmieszania tego co ludowe z tym co salonowe wychodzi szara breja? Zabawne- każde z osobna piękne, a razem...
Być może nadchodzi epoka skrajnej demokracji, w której większość przegłosowuje bezpardonowo mniejszość. Grupy uciskane? Jak to, przecież mogły się wyrazić w audiotele (wysłać dziesięć, a nie jeden sms) lub internetowej sondzie. Tylko czemu mam wrażenie, że polityka staje się kwestią pseudogustu, wyborem z uprzednio przygotowanej półki w hipermarkecie?
Być może "głupców nie sieją, oni sami wschodzą" jak powtarzał znane przysłowie Stanisław Lem, innym razem pisząc, że demokracja bezpośrednia oparta na nowych technologiach jest jednym z największych zagrożeń dla ludzkości...
Tag: taniec

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

