Dzisiaj, zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że pod koniec II wojny światowej moje rodzinne miasto zostało zbombardowane przez radziecką armię. Niby nic dziwnego. Bytów, którego historia była dosyć burzliwa i który wyrywano sobie wiele razy z rąk do rąk, przed ostatnią wojną był akurat miastem niemieckim.
Cmentarzy czerwonoarmistów, którzy stracili życie "wyzwalając" (czemu w cudzysłowiu, już za moment) miasto, jest w miejscowości kilka, a obecnie Bytów jest jednym z wielu polskich miasteczek o barwnym rodowodzie historycznym, gdzie obok siebie żyją Kaszubi, którzy po wojnie powrócili z okolic do miasta, Ukraińcy, przesiedleni w akcji "Wisła", ludność z dawnych kresów Rzeczypospolitej, która niedawno założyła stowarzyszenie i Niemcy, potomkowie dawnych niemieckich bytowiaków (chociaż kto Niemiec, a kto nie, trudno jednoznacznie orzec i w przypadku wszystkich nacji i mniejszości etnicznych tworzących społeczność Bytowa, o przynależności decyduje w większości deklaracja, bo inaczej pojawiałyby się zawiłe sprawy, kiedy do mniejszości należy osoba, mająca niby niemiecką babkę, chociaż rodzice babki byli np. Kaszubami i z dziećmi, czyli również "niemiecką" babką, rozmawiali po Kaszubsku albo po polsku).
Sam posiadam mieszane korzenie, o czym kiedyś wspominałem. Rodzina ojca - Polacy z Litwy, chociaż rodowe nazwisko babki to typowe szlacheckie nazwisko litewskie. Rodzina mamy - dziadek miejscowy o korzeniach częściowo z Mazowsza, a babcia - z kaszubsko - polskich rodziców, ale do 15 roku życia uważająca się za Niemkę i mówiąca tylko po niemiecku.
Wróćmy jednak do nalotów i radzieckich wyzwolicieli. W nalotach z końca wojny zginęło w mieście około 600 osób. Wiadomo, gdzie są pochowane, ale ofiary nie doczekały się ani nagrobków, ani pomnika, chociaż o martwych radzieckich "wyzwolicielach" informują przynajmniej dwa obeliski.
I tu pojawia się pytanie - czy ofiary należy traktować jako (prawdopodobnie) niemiecką ludność, wówczas ludność niemieckiego miasta, a zatem sprawców agresji na Polskę, a ich śmierć była ceną za próbę podporządkowania sobie Europy przez Rzeszę? Czy też zbombardowanych traktować jako dawnych obywateli miasta, niejednokrotnie dziadków, wujków, babcie i ciocie obecnych mieszczan?
Osobiście opowiadam się za drugą wersją, odczuwając jednak pewien dysonans, ponieważ cała moja szkolna edukacja historyczna opierała się na przedstawianiu historii widzianej z dużej wysokości, widzianej z odległego miasta, np. z Warszawy i przez ludzi, którzy nie mają narodowych wątpliwości lub skomplikowanej, jak spora część mieszkańców Bytowa, rodzinnej historii.
Jestem zapewne ignorantem w zakresie edukacji historycznej i może próbuję wyważyć otwarte drzwi, zastanawiając się, jak uczyć historii państwa, jednocześnie nie krzywdząc konkretnych ludzi, zamieszkujących określone miejsca i nie zaniedbując oraz nie lekceważąc nie tylko ich mikrohistorii, ale również historii lokalnych, na które nie sposób patrzeć wyłącznie z lotu ptaka i to określonej opcji historycznej. Zwłaszcza, gdy "dotyka się" lokalności, spaceruje uliczkami, słucha opowieści o hordach radzieckich gwałcicieli czy próbie rozstrzelania mojej babci za to tylko, że uważała się za Niemkę.
Być może swoją refleksją podważam sensowność scentralizowanego nauczania historii, a może raczej postuluję, by centralizacja nie oznaczała monolityczności i sztywnego, jednostronnego przekazu.
I kończąc - tradycyjnie w pół myśli, tradycyjnie powierzchowną refleksję - nie jestem zwolennikiem usuwania radzieckich symboli, chociaż armia radziecka zmieniła życie mojej babci o 180 stopni, a mojego ojca wraz z rodzicami przywiodła uciekinierskim wagonem bydlęcym z Litwy w kaszubskie rejony. Marzy mi się możliwość odkrywania w miejscowościach, które nie mają historycznie łatwej tożsamości, dawnych śladów, poznawanie różnych punktów widzenia, żeby zrozumieć wszystkie strony, nie osądzając jednoznacznie w przypadku zwykłych ludzi, kto był wróg, a kto przyjaciel.
Może postulowany relatywizm historyczny jest niebezpieczny, ale na pewno jest lepszym wyjściem niż zastąpienie w powojennym Bytowie "Bismarckplatz" z pomnikiem "żelaznego kanclerza", betonowym świętowitem z symbolem orła i podpisem "byliśmy - jesteśmy - będziemy", niczym podrobioną pieczęcią, która ma świadczyć o naszej (czyli faktycznie czyjej?) historycznej autentyczności. Wyjście poza historyczny schemat proponowany w szkole, poza proste rozróżnianie, kto Niemiec, Polak, Rosjanin czy Żyd, pozwala lepiej poznać historię, która zawsze chyba ma wiele wersji i dzięki temu można lepiej poznać siebie...
Cmentarzy czerwonoarmistów, którzy stracili życie "wyzwalając" (czemu w cudzysłowiu, już za moment) miasto, jest w miejscowości kilka, a obecnie Bytów jest jednym z wielu polskich miasteczek o barwnym rodowodzie historycznym, gdzie obok siebie żyją Kaszubi, którzy po wojnie powrócili z okolic do miasta, Ukraińcy, przesiedleni w akcji "Wisła", ludność z dawnych kresów Rzeczypospolitej, która niedawno założyła stowarzyszenie i Niemcy, potomkowie dawnych niemieckich bytowiaków (chociaż kto Niemiec, a kto nie, trudno jednoznacznie orzec i w przypadku wszystkich nacji i mniejszości etnicznych tworzących społeczność Bytowa, o przynależności decyduje w większości deklaracja, bo inaczej pojawiałyby się zawiłe sprawy, kiedy do mniejszości należy osoba, mająca niby niemiecką babkę, chociaż rodzice babki byli np. Kaszubami i z dziećmi, czyli również "niemiecką" babką, rozmawiali po Kaszubsku albo po polsku).
Sam posiadam mieszane korzenie, o czym kiedyś wspominałem. Rodzina ojca - Polacy z Litwy, chociaż rodowe nazwisko babki to typowe szlacheckie nazwisko litewskie. Rodzina mamy - dziadek miejscowy o korzeniach częściowo z Mazowsza, a babcia - z kaszubsko - polskich rodziców, ale do 15 roku życia uważająca się za Niemkę i mówiąca tylko po niemiecku.
Wróćmy jednak do nalotów i radzieckich wyzwolicieli. W nalotach z końca wojny zginęło w mieście około 600 osób. Wiadomo, gdzie są pochowane, ale ofiary nie doczekały się ani nagrobków, ani pomnika, chociaż o martwych radzieckich "wyzwolicielach" informują przynajmniej dwa obeliski.
I tu pojawia się pytanie - czy ofiary należy traktować jako (prawdopodobnie) niemiecką ludność, wówczas ludność niemieckiego miasta, a zatem sprawców agresji na Polskę, a ich śmierć była ceną za próbę podporządkowania sobie Europy przez Rzeszę? Czy też zbombardowanych traktować jako dawnych obywateli miasta, niejednokrotnie dziadków, wujków, babcie i ciocie obecnych mieszczan?
Osobiście opowiadam się za drugą wersją, odczuwając jednak pewien dysonans, ponieważ cała moja szkolna edukacja historyczna opierała się na przedstawianiu historii widzianej z dużej wysokości, widzianej z odległego miasta, np. z Warszawy i przez ludzi, którzy nie mają narodowych wątpliwości lub skomplikowanej, jak spora część mieszkańców Bytowa, rodzinnej historii.
Jestem zapewne ignorantem w zakresie edukacji historycznej i może próbuję wyważyć otwarte drzwi, zastanawiając się, jak uczyć historii państwa, jednocześnie nie krzywdząc konkretnych ludzi, zamieszkujących określone miejsca i nie zaniedbując oraz nie lekceważąc nie tylko ich mikrohistorii, ale również historii lokalnych, na które nie sposób patrzeć wyłącznie z lotu ptaka i to określonej opcji historycznej. Zwłaszcza, gdy "dotyka się" lokalności, spaceruje uliczkami, słucha opowieści o hordach radzieckich gwałcicieli czy próbie rozstrzelania mojej babci za to tylko, że uważała się za Niemkę.
Być może swoją refleksją podważam sensowność scentralizowanego nauczania historii, a może raczej postuluję, by centralizacja nie oznaczała monolityczności i sztywnego, jednostronnego przekazu.
I kończąc - tradycyjnie w pół myśli, tradycyjnie powierzchowną refleksję - nie jestem zwolennikiem usuwania radzieckich symboli, chociaż armia radziecka zmieniła życie mojej babci o 180 stopni, a mojego ojca wraz z rodzicami przywiodła uciekinierskim wagonem bydlęcym z Litwy w kaszubskie rejony. Marzy mi się możliwość odkrywania w miejscowościach, które nie mają historycznie łatwej tożsamości, dawnych śladów, poznawanie różnych punktów widzenia, żeby zrozumieć wszystkie strony, nie osądzając jednoznacznie w przypadku zwykłych ludzi, kto był wróg, a kto przyjaciel.
Może postulowany relatywizm historyczny jest niebezpieczny, ale na pewno jest lepszym wyjściem niż zastąpienie w powojennym Bytowie "Bismarckplatz" z pomnikiem "żelaznego kanclerza", betonowym świętowitem z symbolem orła i podpisem "byliśmy - jesteśmy - będziemy", niczym podrobioną pieczęcią, która ma świadczyć o naszej (czyli faktycznie czyjej?) historycznej autentyczności. Wyjście poza historyczny schemat proponowany w szkole, poza proste rozróżnianie, kto Niemiec, Polak, Rosjanin czy Żyd, pozwala lepiej poznać historię, która zawsze chyba ma wiele wersji i dzięki temu można lepiej poznać siebie...

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
tego typu problemy, to wiele regionów ma: http://pogranicze.sejny.pl/
OdpowiedzUsuńWażne, żeby była w pamięcie historią jakiś miejscowych "dziwaków" np. Żydów, do której nie pasowałby żaden stereotyp. Takie miejsce-szczelina niejednoznaczne narodowo może być fajnie wypełnione przez ludzi i organizacje, które chciałyby budować mosty między "miejscowymi" [pamiętającymi] a "imigrantami" [czyli młodzieżą] w mieście. Tak mi się wydaje.