Szukaj na tym blogu

1 komentarze

Kiedy oficjalna historia zderza się z lokalną

wtorek, stycznia 20, 2009

Dzisiaj, zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że pod koniec II wojny światowej moje rodzinne miasto zostało zbombardowane przez radziecką armię. Niby nic dziwnego. Bytów, którego historia była dosyć burzliwa i który wyrywano sobie wiele razy z rąk do rąk, przed ostatnią wojną był akurat miastem niemieckim.

Dzisiaj, zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że pod koniec II wojny światowej moje rodzinne miasto zostało zbombardowane przez radziecką armię. Niby nic dziwnego. Bytów, którego historia była dosyć burzliwa i który wyrywano sobie wiele razy z rąk do rąk, przed ostatnią wojną był akurat miastem niemieckim.

Cmentarzy czerwonoarmistów, którzy stracili życie "wyzwalając" (czemu w cudzysłowiu, już za moment) miasto, jest w miejscowości kilka, a obecnie Bytów jest jednym z wielu polskich miasteczek o barwnym rodowodzie historycznym, gdzie obok siebie żyją Kaszubi, którzy po wojnie powrócili z okolic do miasta, Ukraińcy, przesiedleni w akcji "Wisła", ludność z dawnych kresów Rzeczypospolitej, która niedawno założyła stowarzyszenie i Niemcy, potomkowie dawnych niemieckich bytowiaków (chociaż kto Niemiec, a kto nie, trudno jednoznacznie orzec i w przypadku wszystkich nacji i mniejszości etnicznych tworzących społeczność Bytowa, o przynależności decyduje w większości deklaracja, bo inaczej pojawiałyby się zawiłe sprawy, kiedy do mniejszości należy osoba, mająca niby niemiecką babkę, chociaż rodzice babki byli np. Kaszubami i z dziećmi, czyli również "niemiecką" babką, rozmawiali po Kaszubsku albo po polsku).

Sam posiadam mieszane korzenie, o czym kiedyś wspominałem. Rodzina ojca - Polacy z Litwy, chociaż rodowe nazwisko babki to typowe szlacheckie nazwisko litewskie. Rodzina mamy - dziadek miejscowy o korzeniach częściowo z Mazowsza, a babcia - z kaszubsko - polskich rodziców, ale do 15 roku życia uważająca się za Niemkę i mówiąca tylko po niemiecku.

Wróćmy jednak do nalotów i radzieckich wyzwolicieli. W nalotach z końca wojny zginęło w mieście około 600 osób. Wiadomo, gdzie są pochowane, ale ofiary nie doczekały się ani nagrobków, ani pomnika, chociaż o martwych radzieckich "wyzwolicielach" informują przynajmniej dwa obeliski.

I tu pojawia się pytanie - czy ofiary należy traktować jako (prawdopodobnie) niemiecką ludność, wówczas ludność niemieckiego miasta, a zatem sprawców agresji na Polskę, a ich śmierć była ceną za próbę podporządkowania sobie Europy przez Rzeszę? Czy też zbombardowanych traktować jako dawnych obywateli miasta, niejednokrotnie dziadków, wujków, babcie i ciocie obecnych mieszczan?

Osobiście opowiadam się za drugą wersją, odczuwając jednak pewien dysonans, ponieważ cała moja szkolna edukacja historyczna opierała się na przedstawianiu historii widzianej z dużej wysokości, widzianej z odległego miasta, np. z Warszawy i przez ludzi, którzy nie mają narodowych wątpliwości lub skomplikowanej, jak spora część mieszkańców Bytowa, rodzinnej historii.

Jestem zapewne ignorantem w zakresie edukacji historycznej i może próbuję wyważyć otwarte drzwi, zastanawiając się, jak uczyć historii państwa, jednocześnie nie krzywdząc konkretnych ludzi, zamieszkujących określone miejsca i nie zaniedbując oraz nie lekceważąc nie tylko ich mikrohistorii, ale również historii lokalnych, na które nie sposób patrzeć wyłącznie z lotu ptaka i to określonej opcji historycznej. Zwłaszcza, gdy "dotyka się" lokalności, spaceruje uliczkami, słucha opowieści o hordach radzieckich gwałcicieli czy próbie rozstrzelania mojej babci za to tylko, że uważała się za Niemkę.

Być może swoją refleksją podważam sensowność scentralizowanego nauczania historii, a może raczej postuluję, by centralizacja nie oznaczała monolityczności i sztywnego, jednostronnego przekazu.

I kończąc - tradycyjnie w pół myśli, tradycyjnie powierzchowną refleksję - nie jestem zwolennikiem usuwania radzieckich symboli, chociaż armia radziecka zmieniła życie mojej babci o 180 stopni, a mojego ojca wraz z rodzicami przywiodła uciekinierskim wagonem bydlęcym z Litwy w kaszubskie rejony. Marzy mi się możliwość odkrywania w miejscowościach, które nie mają historycznie łatwej tożsamości, dawnych śladów, poznawanie różnych punktów widzenia, żeby zrozumieć wszystkie strony, nie osądzając jednoznacznie w przypadku zwykłych ludzi, kto był wróg, a kto przyjaciel.

Może postulowany relatywizm historyczny jest niebezpieczny, ale na pewno jest lepszym wyjściem niż zastąpienie w powojennym Bytowie "Bismarckplatz" z pomnikiem "żelaznego kanclerza", betonowym świętowitem z symbolem orła i podpisem "byliśmy - jesteśmy - będziemy", niczym podrobioną pieczęcią, która ma świadczyć o naszej (czyli faktycznie czyjej?) historycznej autentyczności. Wyjście poza historyczny schemat proponowany w szkole, poza proste rozróżnianie, kto Niemiec, Polak, Rosjanin czy Żyd, pozwala lepiej poznać historię, która zawsze chyba ma wiele wersji i dzięki temu można lepiej poznać siebie...


Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

1 Responses:

Gen Disobey Says:

tego typu problemy, to wiele regionów ma: http://pogranicze.sejny.pl/
Ważne, żeby była w pamięcie historią jakiś miejscowych "dziwaków" np. Żydów, do której nie pasowałby żaden stereotyp. Takie miejsce-szczelina niejednoznaczne narodowo może być fajnie wypełnione przez ludzi i organizacje, które chciałyby budować mosty między "miejscowymi" [pamiętającymi] a "imigrantami" [czyli młodzieżą] w mieście. Tak mi się wydaje.